Z naszych poprzednich wpisów możecie pamiętać, że na rowerach jeździmy spokojnie i powoli przygotowujemy się do dłuższych i trudniejszych tras. Nie można jednak bez końca jeździć po płaskim i postanowiliśmy wybrać się po raz pierwszy w góry. To znaczy dla Ani to była pierwsza wycieczka w góry a moja druga. Pierwsza zakończyła się uszkodzeniem piasty, która zablokowała tylne koło na amen 😉 To nauczyło mnie, że rowery crossowe nie nadają się najlepiej do kamienistych tras w górach i musieliśmy poszukać czegoś łatwiejszego. Ania zaproponowała przepiękną Dolinę Bobru i pozostała tylko kwestia zaplanowania trasy. Cała trasa rowerowa Doliny Bobru ma ponad 100 km a to zbyt wiele na początek. Dlatego wymyśliliśmy naszą autorską pętlę po Kotlinie Jeleniogórskiej.

Perła Zachodu
Pierwszym ciekawym punktem na trasie miała być Perła Zachodu – malownicze schronisko położone nad sztucznym zalewem na Bobrze. Okazało się jednak, że pociąg, który wybraliśmy, nie zatrzymuje się na dworcu zachodnim w Jeleniej Górze. Pozostało nam więc wysiąść na dworcu głównym i przejechać przez centrum miasta. Szczęśliwie, o 8 rano nie ma tam tłumów na drogach i bez problemu dojechaliśmy na rynek. Centrum Jeleniej Góry jest naprawdę przepiękne i zadbane. Kamieniczki wokół ratusza mają urocze podcienia a ratusz połączony jest z sąsiednim budynkiem krytym mostkiem! Urok miasta pozwala cieszyć się jazdą przez centrum pomimo brukowanych ulic.

Wyjechanie z centrum i dojazd do początku szlaku rowerowego nie jest specjalnie łatwe z uwagi na uliczki jednokierunkowe, rzadką sieć ścieżek rowerowych i przecięcie kilku większych ulic. O ile nawigacja telefonowa nie potrafiła dobrze zaplanować trasy, to pomogła odnajdywać się na mapie 🙂 Gdy dojechaliśmy do mostku na Bobrze, wszystko było już jasne. Skręciliśmy zgodnie z kierunkiem rzeki i jechaliśmy wygodną asfaltową ścieżką rowerową, ciesząc się pięknem otaczającego nas wąwozu. Przed Perłą Zachodu ścieżka się zwęża i asfalt ustępuje miejsca kostce granitowej. Jest wąsko i kręto, więc trzeba zwolnić, ale nie trzeba zsiadać z roweru.

Po dojechaniu do Perły Zachodu, można podziwiać Jezioro Modre z tarasów widokowych, zejść na most nad nim, albo posilić się w schronisku. My nie próżnowaliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej. Zaraz za Perłą rozpoczyna się długi zjazd, na którym można się porządnie rozpędzić. Tą drogą jeżdżą też samochody, dlatego nie przesadzaliśmy i korzystaliśmy z hamulców 🙂

Wieża książęca w Siedlęcinie
Kolejnym przystankiem na trasie był Siedlęcin ze swoją unikatową wieżą książęcą. Jest ona wyjątkowa z dwóch powodów – po pierwsze, do dziś zachowały się w niej średniowieczne malowidła o tematyce cywilnej. Przedstawiają one legendę o Sir Lancelocie, znanym z opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu. Większość średniowiecznych malowideł naściennych, które zachowały się w Polsce do dziś, to dzieła o tematyce religijnej, Zatem opowieść o rycerzu pochodzącym z Wielkiej Brytanii, która została namalowana na Śląsku i przetrwała kilkaset lat, to wyjątkowa rzecz!

Po drugie, większość średniowiecznych obiektów obronnych, które przetrwały do dziś, to zamki, grodziska albo fortyfikacje miejskie. Tutaj mamy do czynienia z wieżą, która była samodzielnym obiektem obronno-mieszkalnym. Poza nią, był tylko okrągły mur otaczający niewielki dziedziniec przed wieżą. Wizualizację rozbudowy wieży książęcej można zobaczyć tutaj:
Wieżę można zwiedzać, jednak z uwagi na COVID była chyba zamknięta. Dlatego zrobiliśmy sobie tylko zdjęcia i ruszyliśmy dalej.
Jezioro Wrzeszczyńskie
Zaraz za Siedlęcinem, Bóbr przechodzi w kolejny zalew – Jezioro Wrzeszczyńskie. Jego brzegiem prowadzi trasa rowerowa, ale nie jest ona tak wygodna jak ta nad Jeziorem Modrym. Początkowo to szeroka droga leśna i pomimo błota jechało się nią całkiem przyjemnie. Ale im dalej w las, tym było gorzej. Droga przechodzi w ścieżkę pełną korzeni i większych kamieni. Dla roweru górskiego to żadne wyzwanie, ale na crossie zaczęło się robić nieprzyjemnie. Jechaliśmy na niskich biegach a na najtrudniejszych fragmentach zeszliśmy z rowerów i je prowadziliśmy.
Gdy ścieżka nieco się rozszerzyła i zniknęły korzenie, znów wsiedliśmy na rowery. Już wydawało się, że łatwo dojedziemy nad zaporę, gdy nagle, za zakrętem, na środku ścieżki stał koń. Ale nie że osiodłany, z jeźdźcem, tylko po prostu koń. Obok konia stał jakiś gość i sobie rozmawiali. To znaczy to on bardziej mówił do konia, ale koń chyba go zrozumiał, bo po chwili zszedł na bok i zrobił nam miejsce 😉 Chwilę po tym incydencie dotarliśmy nad zaporę, którą przedostaliśmy się na drugą stronę Bobru.

Czas na kolejny zamek
Wkrótce po przekroczeniu Bobru musimy opuścić szlak rowerowy i dalej podróżować zwykłymi drogami. Na szczęście są to drogi boczne, na których nie ma dużego ruchu. Po dojechaniu do Barcinka, poczuliśmy, że to czas na przerwę i zjedzenie kanapek. Zaraz za mostem wypatrzyliśmy ławki i zdecydowaliśmy się tam zajechać na posiłek. Okazało się, że ławki są częścią mini-plaży nad rzeką. Oprócz ławek są tam kanapy z palet oraz murowany grill! Nie mieliśmy węgla ani kiełbasek, więc pozostało nam zjedzenie kanapek, ale posiłek umilał szmer wody i śpiew ptaków. Sama rzeczka, nad którą jest plaża, ma niespecjalnie przyjemny zapach, ale i tak jest to całkiem przyjemne miejsce. Inną opcją jest spożycie posiłku na zamku 😉

Kolejną wsią na naszej drodze była Stara Kamienica. Kojarzyłem, że w którejś Kamienicy są ruiny zamku Schaffgotschów, ale nie byłem pewny w której – obok jest też Nowa i Mała Kamienica 😉 Z pomocą przyszedł Google, potwierdzając, że zamek jest w Starej. W zasadzie widać go też z głównej drogi, którą jechaliśmy, więc pewnie zwrócilibyśmy uwagę. Być może, czytając o zamku macie wyobrażenie olbrzymiego gmachu, pięknych komnat, zadbanych ogrodów, i tak dalej. Nic bardziej mylnego. W XVIII wieku zamek spłonął i do naszych czasów pozostały tylko ruiny przyziemia oraz fragment wieży. Jednak ostatnio przeprowadzono częściową renowację, odbudowano wieżę i zrobiono z niej punkt widokowy. Stropy z równiutkich cegieł trochę straszą swoją sztucznością, ale miejmy nadzieję, że renowacja nie skończy się powstaniem kolejnego zamku Gargamela jak ten w Poznaniu 😉

Chociaż zamek jest ogrodzony siatką, jest to zrobione niestarannie, „na odwal się”. Trudno powiedzieć więc, czy zamek faktycznie jest jeszcze zamknięty, czy już otwarty do zwiedzania. O otwarciu mogłyby świadczyć gotowe tablice informacyjne dla turystów. Trzeba tylko pamiętać, by na zamek dostać się od strony wieży, a nie od strony mostu. Może nie wydaje się to logiczne, bo most prowadził do bramy, ale nie jest on kompletny. Prawdopodobnie kiedyś dalsza część mostu była zwodzona, a więc wykonana z drewna, i nie zachowała się do dziś.
Z górki na pazurki
Już przy wjeździe do Starej Kamienicy można podziwiać w oddali grzbiet Karkonoszy, ale to dopiero początek. Dalej jest jeszcze lepiej. Niemal przez całą drogę do Jeleniej Góry, obserwowaliśmy ośnieżone szczyty Karkonoszy a także już zielony grzbiet Gór Izerskich. Te piękne widoki są okupione jednak ciężką pracą. Najwyższy punkt trasy znajduje się za kolejną miejscowością i chociaż różnica wysokości nie jest duża, to podjazd ciągnie się i ciągnie. My mieliśmy nie tylko pod górę, ale i pod wiatr. Na otwartych przestrzeniach czuliśmy, jakby góra była bardziej stroma. Tak mocno hamował nas wiatr.

Nagroda jest jednak podwójna. Oprócz cudownych widoków, po ukończeniu podjazdu czekał na nas długi zjazd. Droga nie jest zbyt kręta, a ruch był wówczas mały, więc mogliśmy bezpiecznie zjeżdżać ze sporą prędkością. To właśnie najfajniejszy element jazdy rowerem po górach. Gdy się człowiek umęczy jazdą pod górę, można delektować się pędem powietrza podczas zjazdu 🙂
Do Jeleniej Góry
Po dojechaniu do drogi krajowej, trzeba przedostać się na jej drugą stronę, co zajmuje nam parę minut z uwagi na niekończący się sznur samochodów. Po przejechaniu jej, jest już prosta droga do Cieplic – uzdrowiskowej dzielnicy Jeleniej Góry. Na tym etapie warto sprawdzić jak dużo czasu jest do pociągu i wybrać albo drogę na stację kolejową, albo wpaść jeszcze do centrum Cieplic. Mieliśmy niecałą godzinę, więc zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. Podjechaliśmy na chwilę pod tężnie, w których uzdrowiskowa woda spływa po gałązkach a w powietrzu unosi się słony zapach, jak nad morzem. Później jeszcze zajrzeliśmy do parku zdrojowego, w którym usiedliśmy na trawie niedaleko pałacu Schaffgotschów – tej samej rodziny, która miała też zamek w Starej Kamienicy. Oprócz tego, mieli też kilka innych pałaców i zamków, w tym znany Chojnik, ale to historia na inny artykuł 🙂 Wykorzystując czas do przyjazdu pociągu popijaliśmy kawę i pożeraliśmy czekoladę Studentską.

Na koniec trzeba jeszcze tylko dojechać na stację. I tu czekała na nas stresująca niespodzianka, bo na stacji byliśmy niecałe 5 minut przed pociągiem, ale stacja była zamknięta na klucz 😉 Trochę spanikowaliśmy, bo na mapie jest stacja, na rozkładzie jest stacja i stoimy przed budynkiem stacji, która chyba jednak stacją nie jest. Szczęśliwie akurat szli jacyś ludzie, którzy wyjaśnili nam, że stacja znajduje się obecnie kawałek dalej. Żebyście mogli uniknąć stresu, w mapce ustawiliśmy koniec trasy tam, gdzie faktycznie znajdują się perony. My musieliśmy zrobić niezły sprint na rowerach, ale byliśmy chwilę przed czasem 🙂
Podstawowe informacje:
Długość: około 33 km, licząc przejazd przez centrum Jeleniej Góry ze stacji. Tego fragmentu nie ma na zaznaczonego na mapce, ponieważ nawigacja płata figle: dużo tam uliczek jednokierunkowych (z wyjątkiem dla rowerów) i chodników, przez które przeprowadzaliśmy rowery. Trzeba pojechać „na czuja” albo ominąć samo centrum, ale szkoda, bo jest ładne 😉
Trudność: średnia (na rowerach crossowych – na MTB będzie prościej)
Mapa:
Leave A Reply