W 2015 roku „odkryłem” dla siebie kilkudniowe wędrówki po górach. Ta wcześniej niepraktykowana aktywność stała się moją pasją. Rok później zdecydowałem się na ukończenie Korony Gór Polski (KGP), w której pozostały mi głównie Beskidy. Problem była odległość oraz to, że wówczas nie byłem zmotoryzowany. Ponieważ w te góry z Wrocławia jest, delikatnie mówiąc, nie po drodze, potrzebowałem jakiegoś planu. Z pomocą przyszła mapa Głównego Szlaku Beskidzkiego, dzięki której zdałem sobie sprawę, że przynajmniej część brakujących szczytów połączona jest jednym szlakiem. Wkrótce potem zabrałem się do pracy z mapami i stworzyłem plan. W ciągu dwutygodniowego urlopu byłem w stanie iść od szczytu do szczytu wchodząc na sześć wierzchołków KGP.
Cały plan bazował na prostocie: im mniej rzeczy może się zepsuć, tym lepiej. W Polsce najbardziej niepewne rzeczy to komunikacja autobusowa i pogoda. Na tę drugą nie miałem wpływu, ale pierwszą rzecz mogłem wyeliminować, poruszając się pieszo. W grę wchodził tylko przyjazd i powrót do i z miejsc dobrze skomunikowanych.

Lackowa
Podróż zacząłem od miejsca wysuniętego najdalej na wschód od Wrocławia. Dzięki temu, wędrując zbliżałem się cały czas do domu. Ponoć to dobrze wpływa na psychikę, a ona jest najważniejsza przy długich wyprawach. Wędrówkę miałem rozpocząć w Krynicy-Zdroju, w której zarezerwowałem pokój na dwie nocy. Po dojechaniu na miejsce miałem się przespać i przejść na lekko trasę Krynica-Lackowa-Krynica szacowaną na niemal 9 godzin marszu. Dzięki zostawieniu większości ekwipunku, to miała być mimo wszystko niezbyt trudna wycieczka.

Pamiętacie jak pisałem, że mogły się zepsuć dwie rzeczy? No to zepsuła się pogoda. Według prognoz miało lać przez kilka dni. Pobytu w pensjonacie nie chciałem przedłużać ponad miarę, więc zdecydowałem się skrócić wycieczkę i podjechać autobusem do Tylicza, by zmieścić się w około 5 godzinach. Pomimo skrócenia trasy, totalnie przemokłem i złapałem dwudniowe przeziębienie. Ale Lackowa została zaliczona a przy okazji spotkałem po raz pierwszy salamandry.
Zarówno o Lackowej jak i o salamandrach są osobne artykuły, więc zapraszam do nich 🙂

Radziejowa
By dojść na kolejny szczyt, wystarczy kierować się Głównym Szlakiem Beskidzkim wychodząc z Krynicy-Zdroju. To około półtora dnia drogi, zatem warto zaplanować nocleg. Ja zamierzałem przenocować w schronisku Cyrla, ale można też zejść do Piwnicznej-Zdroju, w której jest sporo pensjonatów. Oczywiście takie były tylko plany, ponieważ pogoda i przeziębienie bardzo mnie opóźniły. Nie było więc innego wyjścia, jak spróbować ocalić terminarz i z Krynicy podjechać autobusami do Rytra zaoszczędzając dzień drogi. Autobusy spisały się na medal 😉

Na Radziejowej znajduje się wieża widokowa, jednak podczas mojej obecności pogoda poprawiła się tylko na tyle, że siąpiło zamiast lać. W związku z tym nawet nie próbowałem wspinać się na nią. Po wejściu na szczyt skierowałem się ku Gorcom, dalej wędrując Głównym Szlakiem Beskidzkim i nocując w schronisku Przehyba. Natomiast zrobiłem tak wyłącznie dlatego, że byłem już wcześniej na Wysokiej – najwyższym szczycie Pienin. Jeśli tam nie byliście, najlepiej z Radziejowej udać się na południe.

Wysoka
Ponieważ ten szczyt odwiedziłem kilka lat wcześniej, nie miałem potrzeby by znów na niego wchodzić. W związku z tym, po Radziejowej skierowałem się ku schronisku Przehyba a następnie do Krościenka i dalej na Lubań. Wejście na Wysoką nieco wydłuży trasę, ale może ją dodatkowo uatrakcyjnić. W końcu Pieniny to jedne z najpiękniejszych gór w Polsce 🙂
Gdybym miał jeszcze raz przejść tę trasę i zahaczyć o Wysoką, po noclegu w Cyrli zdecydowałbym się na kolejny przystanek w Bacówce na Obidzy, bądź tak jak poprzednio w Przehybie, zakładając, że następnego dnia kawałek się wrócę. Gdybym miał lepszą kondycję, zdecydowałbym się na uderzenie bezpośrednio na bazę namiotową pod Wysoką. To najkrótsza droga, choć wymagająca wielu godzin marszu. Ponadto, klimat beskidzkich studenckich baz namiotowych jest czymś absolutnie wspaniałym! W sezonie można wypożyczyć rozstawiony namiot za kilkanaście złotych, co jest świetną opcją – nie dość, że jest taniej, to jeszcze nie trzeba dźwigać ze sobą sprzętu.

Turbacz
Jeśli już mowa o bazach namiotowych, to płynnie przechodzimy do bazy pod samym szczytem Lubania. Podczas mojej wyprawy nocowałem w trzech tego typu obiektach i właśnie ta na Lubaniu spodobała mi się najbardziej. Może to dlatego, że akurat tam jedna osoba przyniosła gitarę a inna butelkę łąckiej okowity 😉 Sam Lubań oferuje również przepiękne widoki na Tatry, które można podziwiać z solidnej wieży widokowej. Nocując na bazie aż żal byłoby nie skorzystać z zobaczenia wschodu słońca z wieży, dlatego z radością się na to zdecydowałem. Chociaż był wtedy lipiec, zatem dnie były bardzo długie i wstać trzeba było niemiłosiernie wcześnie, była to najlepsza możliwa decyzja 🙂

To właśnie od Lubania rozpoczęła się seria przepięknych widoków na Tatry. Widać je również doskonale ze szlaku prowadzącego w kierunku Turbacza, najwyższego szczytu Gorców. Te góry cieszą się (a może raczej smucą?) ogromną popularnością, więc po raz pierwszy od rozpoczęcia wędrówki spotykałem na szlaku dziesiątki turystów. Schronisko również jest oblegane, co niestety przełożyło się na słabą jakość jedzenia. Gdybyście się zastanawiali jak można zrobić paskudne pierogi z jagodami, to właśnie jest miejsce, by się tego dowiedzieć. Niestety w polskich górach widać taką prawidłowość, że im więcej jest ludzi, tym gorsze jedzenie można im sprzedawać. Nocleg również nie należał do najbardziej wygodnych, ale cieszyłem się łóżkiem i gniazdkiem z prądem, mając perspektywę spędzenia dwóch nocy w bazach namiotowych.

Mogielica
Kolejny szczyt Korony Gór Polski znajduje się na północ i można dojść do niego w ciągu jednego dnia. W ramach uzupełniania sił zdecydowałem się jednak by tego dnia dojść tylko do bazy na Polanie Wały. O ile luźniejszy dzień przydał się nogom, o tyle mocno się wynudziłem czekając na porę snu. Dopiero następnego dnia rano udałem się na szczyt Mogielicy, z której znów mogłem podziwiać całą ścianę Tatr.

By dostać się na ostatnią górę, której potrzebowałem do Korony, mogłem udać się bezpośrednio na zachód, lecz brakowało mi po drodze schroniska. Gdybym brał pod uwagę kwatery prywatne, pewnie bym się na to zdecydował. Ponadto, ciągle miałem ochotę na kolejne kilometry 😉 Dlatego udałem się na południe, z powrotem na Turbacz, nocując po drodze w bazie namiotowej Gorc. Po drodze przechodzi się przez miejscowość uzdrowiskową o uroczej nazwie: Szczawa. Tamtejsza woda zdrojowa smakuje bardzo interesująco, żeby nie powiedzieć, że nie smakuje 😉

By uniknąć nocowania na zatłoczonym Turbaczu, poszedłem dalej do kameralnej Bacówki na Maciejowej. Tam jest o wiele spokojniej, jedzenie jest lepsze, a z okna miałem widok na zachód słońca nad Babią Górą, odległą o około dwa dni wędrówki. Na niej również miałem już okazję stanąć, więc następnego dnia skierowałem się ku Lubomirowi.

Lubomir
Mój plan zakładał zejście do Rabki-Zdroju a następnie wdrapanie się na Luboń Wielki, górujący nad tym uzdrowiskiem. Jest tam schronisko, w którym miałem spędzić przedostatnią noc w górach. Jednak gdy dotarłem do uzdrowiska, poczułem taką niemoc na myśl o czekającym mnie podejściu, że zdecydowałem się skrócić trasę. Wsiadłem w autobus i pojechałem do Pcimia.

Stamtąd prowadzi dość łatwy szlak do Schroniska na Kudłaczach i dalej na Lubomir. Droga faktycznie była bardzo łatwa, ale była opanowana przez dziesiątki strzyżaków sarnich, paskudnych krwiożerczych owadów, które miały na mnie wielką ochotę. O ile komara albo bąka wystarczy lekko pacnąć, to strzyżaki są niesamowicie twarde i trudne do ubicia. Chociaż droga przez ten las miała tylko kilka kilometrów, miałem jej serdecznie dość. To chyba była taka kara za skrócenie sobie drogi autobusem…

Lubomir jest zdecydowanie najnudniejszym szczytem na tej trasie. Nie dość, że nie ma żadnych widoków z niego, to jeszcze szlak nie oferuje niczego zaskakującego. Fajnie było go jednak „odhaczyć” jak najwyższy w Beskidzie Makowskim i wrócić do schroniska na nocleg. Rano już tylko zszedłem z powrotem do Pcimia, przezornie wybierając okrężną szosę, zamiast szlaku przez las opanowany przez strzyżaki 😉
Szlak przez 6 szczytów (około 11 dni marszu)
Mój oryginalny plan omijający Pieniny i Wysoką (10 dni marszu i 2 dni na dojazd i powrót)
Leave A Reply