Słońce zachodzi nad jeziorem i dobiega końca nasz ostatni dzień przed powrotem do Polski. Chociaż nie zrealizowaliśmy wszystkich planów, które mieliśmy, i tak był to bardzo udany urlop. Przez większość wyjazdu przebywaliśmy blisko natury, jak choćby teraz, gdy siedzimy w namiocie, kilkanaście metrów od brzegu jeziora. Ale ten dzień był zupełnie inny. Zamiast znów jechać do dziczy, pojechaliśmy do miasta. Naszym celem było Lund. To niewielka miejscowość położona obok Malmö, ale posiada swój własny uniwersytet oraz wielką i piękną romańską katedrę.

O parkowaniu w Szwecji słów kilka
Gdy wyglądamy z namiotu, dookoła, po trawie depcze stadko kaczek. Nie przejmują się ani nami, ani innymi turystami. Z campingu wyjeżdżamy późno, nieco przed południem, bo jest pochmurnie i zanosi się na deszcz.
W Lund próbujemy znaleźć darmowy parking, ale to niemożliwe. Co więcej, te płatne mają limitowany czas postoju, nawet do zaledwie dwóch godzin! W poszukiwaniu czegoś odpowiedniego krążymy po dzielnicy uniwersyteckiej i możemy podziwiać urokliwe zabudowania uczelni. Okazuje się, że nawet parking pod cmentarzem ma spore ograniczenia. To nas porządnie zaskakuje, bo zwykle cmentarze mają spore darmowe parkingi i często to najlepsze rozwiązanie.

System opłat za parkingi jest rozwiązany bardzo ciekawie. Można zapłacić w parkomacie, albo w aplikacji smartfonowej. W większości miejsc, które widzieliśmy, można było skorzystać z EasyPark. System jest o tyle wygodny, że parkowanie można skończyć wcześniej (i odebrać zwrot nadpłaconej kwoty), albo przedłużyć z poziomu telefonu. Takich funkcjonalności chyba żadne tradycyjne parkomaty nie oferują.

Ogród botaniczny w Lund
Po zaparkowaniu samochodu, idziemy prosto do ogrodu botanicznego. Uwielbiamy tego typu miejsca a we Wrocławiu co roku wykupujemy bilet na wielokrotne wejścia. Tutaj Lund znów nas zaskakuje i to wyjątkowo pozytywnie. Wejście jest zupełnie darmowe! I to zarówno do części parkowej jak i do wszystkich szklarni!

Zwiedzanie zaczynamy od palmiarni i znów czekają na nas kolejne niespodzianki. Oprócz informacji o roślinach, są kartki ze zdjęciami żab i ptaków – domyślamy się, że mieszkają w palmiarni i zaczynamy ich szukać. Żabki wydają się być banalnie proste. Na zdjęciu są niezwykle kolorowe, więc muszą rzucać się w oczy. Chodzimy, chodzimy i nic nie możemy wypatrzeć pośród gąszczu roślin. Słychać, że jakieś zwierzątko się odzywa, ale nie wiadomo czy to coś żywego, czy z głośnika. Skoro nic nie widać, to kieruję się na słuch. Odgłos dobiega z niskiej wysokości i dostrzegam ruch na liściu.

Żabki są malutkie, mają może dwa-trzy centymetry i pomimo kolorowego umaszczenia, zlewają się z podłożem. W kolejnym pomieszczeniu szklarni są też ptaki. Te łatwiej znaleźć, bo są wielkości kosów, ale dopiero po kilku minutach Ania zauważa, że oprócz dorosłych są też o wiele mniejsze pisklaki!

O ile zwierzątka są świetną atrakcją, to same szklarnie nie zachwycają. Wprawdzie są lepsze niż wrocławskie, ale wyraźnie słabsze niż te z krakowskiego ogrodu botanicznego. Po wyjściu z palmiarni, trafiamy do sklepiku z pamiątkami pełnego fajnych rzeczy. Są drewniane magnesiki z ptasimi głowami a nawet kolczyki w kształcie i ubarwieniu konkretnych ptaków! Kolczyków żadne z nas nie nosi, więc poprzestaliśmy na zakupieniu przepięknego magnesu-szczygła.
Czas na kawę!
Planując wycieczkę do Lund, Ania przeglądała nie tylko atrakcje do zwiedzania, ale również kawiarnie i restauracje. To, co nas zaskoczyło, to wyjątkowo dobre oceny kawiarni w ogrodzie botanicznym. Według Google’a, to czołowa, jeśli nie najlepsza knajpka w mieście. Nasze zaskoczenie wynika przede wszystkim z doświadczeń z wrocławskim ogrodem, gdzie do niedawna funkcjonowała buda w stylu lat dziewięćdziesiątych, która odrzucała samym wyglądem.

Kawiarnia jest na tyle dobra, że zajęte są prawie wszystkie stoliki, a w kolejce stoi przed nami około dziesięciu osób. Nic dziwnego, słodycze mają przepyszne. Szczególnie posmakowała nam toscakaka, niezwykle aromatyczne ciasto na mące migdałowej! Do tego wybieramy kawę przelewową, która ma dwa główne atuty: jest bardzo mocna, a do tego można brać dolewki w nieskończoność. No dobra, może nie aż tyle. Po wypiciu półtora kubka miałem już zdecydowanie za dużo kofeiny 😉 Wybraliśmy stolik nad stawem z liliami wodnymi, więc klimat jest zupełnie randkowy. Podobnie jak na campingu, wszędzie dookoła chodzą kaczki, zupełnie nie bojąc się ludzi.

Chociaż ogród botaniczny zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie, to jego aranżacja jest zupełnie inna od tych polskich. Ma bardziej „parkowy” klimat, uzupełniany kwiatami, ale bez kolekcji okazów typu: pięćdziesiąt odmian irysów. Pod tym względem Wrocław, Kraków, czy Wojsławice prezentują się o wiele lepiej. Niemniej jednak, to świetne miejsce na spokojne spędzenie ciepłego, słonecznego dnia.

Katedra w Lund
Po zwiedzeniu ogrodu, ruszamy w stronę centrum. Miasto nas specjalnie nie zachwyca. Po wyjściu z dzielnicy uniwersyteckiej, napotykamy tylko pojedyncze stare budynki, a reszta jest bardziej nowoczesna. Nawet rynek nie jest specjalnie ładny – tworzy go chaotyczna mieszanina różnych stylów.

Jest za to prawdziwa perełka – olbrzymia romańska katedra. W Polsce jest tylko jeden podobny obiekt: kolegiata w Tumie, ale w skutek zniszczeń wojennych nie zachowała się ona tak, jak to, co możemy oglądać w Lund. Oprócz detali architektonicznych, podziwiamy złocony ołtarz, zdobione stalle, liczne rzeźby i ogromny zegar z ruchomymi postaciami.


Otwarta jest też krypta z wieloma płytami nagrobnymi. Naszą uwagę przykuwają nietypowe kolumny. Część z nich tworzą ludzkie postacie. Niektóre posągi są jednocześnie całymi kolumnami, inne zdają się jakby przytulać do istniejących podpór. Klimat tego miejsca uzupełnia bardzo delikatne oświetlenie, dające zaledwie półmrok.


Zaraz za katedrą wchodzimy na wąskie uliczki zabudowane niskimi, piętrowymi domkami, które wyglądają, jakby przeniesiono je z wioski. Przed fasadami, wprost z ulicznego betonu wyrastają malwy i róże. Czujemy się, jakbyśmy byli nie w mieście, ale w malutkim Torekovie, który odwiedziliśmy dzień wcześniej. W tym czasie orientujemy się, że nie wrócimy do samochodu na czas, więc zdalnie przedłużamy czas parkowania – ta aplikacja to naprawdę świetne rozwiązanie!

Wieczór
Wracamy na kamping, odpalamy kuchenkę i jemy obiad. Ale zamiast wylegiwać się, biegniemy się przebrać a potem nad jezioro. Czas na pływanie! 😀 Chociaż wieje i powietrze jest trochę chłodne, nie możemy przepuścić okazji, by zanurzyć się w wodzie. Nie po to przez tyle kilometrów wieźliśmy stroje kąpielowe! Z przyjemnością odkrywamy, że woda w jeziorze jest wyraźnie cieplejsza niż powietrze. Pływanie nie jest zbyt łatwe, bo jest płytko i wszędzie rośnie dużo wodorostów, ale można się trochę powygłupiać. W końcu jesteśmy na urlopie.

Kolację jemy nad jeziorem i oprócz jedzenia delektujemy się również pięknym światłem rzucanym przez powoli zachodzące słońce. W trakcie ponad dwóch tygodni nie znudziły się nam ani konserwy premium, ani liofilizaty, ani nawet kasza kuskus. Pomimo to brakuje nam już domowego jedzenia. Z drugiej strony, nie będziemy już jadać w cieniu drzew nad brzegiem jeziora, obserwując jak kaczki uciekają przed łyskami. W trzcinach pochowały się pisklaki łysek i ich rodzice z determinacją i hałasem przeganiają kaczki, które nie mogą się zdecydować, gdzie im wygodnie i krążą wzdłuż brzegu.

Na koniec dnia przepakowujemy rzeczy i jesteśmy prawie gotowi do spania. Jeszcze tylko uzupełniam notatki, które były niezrobione od kilku dni, słuchając jak trzcinniczek daje wieczorny koncert i obserwując gasnące światło dnia. Gdy kładę się spać, po trzcinniczku pałeczkę przejmuje kos i świergoli kilka minut nie pozwalając zasnąć. Nagle, tę spokojną melodię przerywa głośne i stanowcze kwaknięcie kaczki. Jest to tak niespodziewane, że zaczynam się śmiać. Ania obraca się do mnie i mówi: „nie zaśniesz!”. Kos kontynuuje swoją pieśń, którą co jakiś czas przerywa kaczka. Potem znów śpiewa trzcinniczek, a ja czuję jak zamykają mi się oczy i ogarnia mnie sen…
Leave A Reply