Na dziś Ania zaplanowała oglądanie klifów w rezerwacie Hovs Hallar. W czasie tego urlopu widzieliśmy już piękne klify w Niemczech, więc teraz czas na Szwedzkie. Niestety na Rugii nie mieliśmy czasu by pospacerować wzdłuż klifów i zobaczyć je z bliska, więc koniecznie musimy spróbować tego dziś. Ciekawią nas również szwedzkie nadmorskie miejscowości a nawet rozważamy kąpiel w morzu, a w zasadzie cieśninie Kattegat. Ciekawe, czy będzie tu inaczej niż nad „polskim” Bałtykiem 🙂

Hovs Hallar
Jedziemy nad morze, więc zgodnie z oczekiwaniami jedzie się bardzo powoli. W kurortach jest dość tłoczno a ograniczenia prędkości niskie. Niemniej jednak cały czas jedziemy, a nie stoimy w korkach, więc już jakaś różnica w porównaniu z Polską jest 😉 Niewielkie to jednak pocieszenie, bo słońce grzeje przez szyby niemiłosiernie i wolelibyśmy dotrzeć na miejsce jak najszybciej.

Przy rezerwacie Hovs Hallar znajduje się bardzo duży parking. Przy wjeździe jest tabliczka z napisem po Szwedzku, więc szybko sprawdzamy translatorem, żeby dowiedzieć się ile nas to będzie kosztować. Okazuje się jednak, że parking, choć jest prywatny, jest dostępny publicznie za darmo! Tak samo przyparkingowe toalety.

Z parkingu schodzimy wąską ścieżką w kierunku plaży i faktycznie jest tu pięknie. Klify nie są zbyt wysokie i wydają się być mniej strome niż te na Rugii, ale mamy zupełnie inną perspektywę. Początkowo chcemy iść plażą składającą się z dużych kamieni, ale chodzi się po nich niezbyt wygodnie. Nieco powyżej brzegu znajduje się ścieżka ubita przez turystów, którą łatwiej się jest poruszać i idziemy wzdłuż brzegu. Dostrzegamy w oddali jaskinię i udajemy się w jej kierunku. Towarzyszy nam szum morza i zapach rozkładających się wodorostów.

Ptaki
Po drodze zaczepia nas turysta i mówi, że jego zdaniem na klifie siedzi sokół wędrowny i skoro mam teleobiektyw, to mógłbym spojrzeć i potwierdzić. Początkowo wydaje mi się, że mówi o pustułce, ale po chwili do mnie dociera o jak wyjątkowym ptaku mówi. Sokół jest szary, zlewa się ze skałami i niełatwo go dostrzec, ale faktycznie to on!!! Robię kilka zdjęć i podaje aparat temu turyście. Jest jeszcze bardziej zachwycony niż ja: mieszka tu od 30 lat, codziennie jest na tej plaży i słyszał o sokołach w Hovs Hallar, ale widzi go po raz pierwszy na żywo, a akurat dziś nie wziął swojego aparatu. Podejrzewa, że to może być obszar gniazdowania, bo skała jest upstrzona odchodami. Sokół faktycznie wygląda na młodego, bo dziób nie stał się jeszcze żółty.

Oprócz sokoła obserwujemy kormorany, które upodobały sobie przybrzeżne rafy, na których odpoczywają i suszą pióra. Pośród nich również można dostrzec młode osobniki. Natomiast po plaży buszują pliszki szare, tradycyjnie chwaląc swoje ogonki. Żaden z obecnych ptaków zdaje się nie przejmować ludźmi krążącymi po wybrzeżu, czy pływającymi w morzu.

Jaskinia, która była celem naszej krótkiej wycieczki, okazuje się być małą wnęką a do tego jest cała pomazana markerami i sprejami. Szkoda, że takie rzeczy też się tutaj dzieją… Z uwagi na upał i niełatwe chodzenie po kamienistej plaży, decydujemy się zawrócić do samochodu i pojechać do pobliskiego kurortu.

Torekov
Jedziemy do pobliskiego nadmorskiego kurortu – Torekov. Wędrując brukowanymi uliczkami podziwiamy piękne, zadbane, malutkie domki, którymi Ania jest zachwycona. Uroku dodają malwy i róże wyrastające wprost z chodnika przed budynkami. Tej atmosfery nie zakłócają żadne stragany z chińskim plastikiem ani billboardy, których pełno nad Bałtykiem.

Jest pora obiadowa, więc zaczynamy rozglądać się za restauracją. Najlepsza, według Google’owych opinii, jest akurat zamknięta a pozostałe mają ocenę poniżej 4. Musimy zatem, nieco po staroświecku, zajrzeć do każdej z nich i w końcu decydujemy się na sympatyczną knajpkę położoną w samym porcie. Skusił nas duszony (a nie smażony) dorsz i gładzica, która wprawdzie została usmażona, ale bez panierki! Czyli da się nad morzem podać rybę, która nie jest smażona na głębokim tłuszczu 😉

Po obiedzie dalej chodzimy po mieście i wszędzie jest tak samo pięknie. Zwracamy uwagę, że mieszkańcy, czy to urlopowicze, wychodzą z domów w szlafrokach i idą albo jadą rowerem (!) nad morze. Po spacerze idziemy jeszcze na lody i kawę. Mają też gofry, które w Skandynawii cieszą się chyba równym powodzeniem, co w Polsce, ale o dziwo tutaj są tańsze. Kawiarnia jest w samym porcie, więc mamy widok na zacumowane jachty i obserwujemy świat pochłaniając spore porcję lodów i mocną kawę. Do stolika obok przychodzi pani z „kanapowym” pieskiem i dwoma porcjami lodów. Ania żartuje, że większa porcja jest dla kobiety a mniejsza dla pieska… i po chwili piesek faktycznie dostaje lody!!!

Ostatni camping
Po zwiedzeniu Torekova kierujemy się na południe, w stronę naszego ostatniego campingu. Planujemy zostać tam dwa dni, by nie rozkładać codziennie namiotu a jednocześnie być blisko portu promowego w Ystad. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się w markecie, w którym znajdujemy ogromny wybór lukrecjowych żelek z chlorkiem amonu. Te słone słodycze są skandynawską specjalnością. Ich smak jest niezwykle specyficzny i niespecjalnie nam nie podchodzi, no ale skoro przebyliśmy tyle kilometrów, to nie wypadało nie spróbować 😉

Na campingu dostajemy miejsca na samym końcu placu, ale za to nad samym jeziorem. Kawałek dalej jest plażę z pomostem, więc na następny dzień planujemy kąpiel. Temperatura wody wynosi aż 24 stopnie, więc tym razem pójdzie nam na pewno lepiej niż w Norwegii!

Jak zwykle, jest tylko kilka innych namiotów oprócz naszego, więc nie ma kolejki do stołu, przy którym jemy kolację. W trakcie posiłku odwiedza nas dorodny jeż, który tupta spokojnie między namiotami i kamperami. On jest pewnie u siebie 😉

Leave A Reply