Chociaż miejscowość Misurina jest jednym z głównych kurortów w Dolomitach, to wznoszący się nad nią masyw Cadini di Misurina jest dużo mniej popularny. Dlaczego? Cóż, Cadini di Misurina sąsiaduje bezpośrednio z Tre Cime di Lavaredo, które jest chyba najczęściej fotografowanym masywem w Dolomitach. My wybraliśmy się na wycieczkę po Cadini di Misurina, bo była tuż obok naszego kempingu, ale poznaliśmy kilka innych powodów, dla których warto się tam wybrać!
Rifugio Fratelli Fonda Savio
Po nocy na kempingu w Misurinie i śniadaniu złożonym z owsianki i kawy, zbieramy rzeczy i ruszamy w kierunku schroniska imienia braci Fonda Savio. Jeśli akurat nie będziecie nocować w Misurinie, to jest tam kilka parkingów i długie pobocze, na którym można zostawić auto. Początkowo, nasza trasa biegnie asfaltową drogą na parking pod Tre Cime di Lavaredo.

Jest to zdecydowanie najnudniejszy fragment szlaku i ważne jest, żeby wyjść odpowiednio wcześnie. W przeciwnym razie, będą Was mijały dziesiątki samochodów z turystami, którzy koniecznie chcą wjechać tam, gdzie można łatwo wejść. Na szczęście, z asfaltu dość szybko schodzimy na typowy górski szlak.
Początkowo wędrujemy lasem, ale ten wkrótce ustępuje miejsca alpejskiej łące. Robi się naprawdę cudownie pięknie! Po około półtorej godziny pijemy już, jako jedyni turyści, kawę na tarasie schroniska.

Zmiana planów
Początkowo, naszym planem było okrążenie masywu szlakiem Sentiero Durissini, który częściowo jest ubezpieczony. Z tego powodu mieliśmy w plecakach uprząż, kask i lonżę na ferraty.
Już mieliśmy ruszać na szlak, gdy, patrząc na mapę, stwierdziliśmy, że jesteśmy kilkanaście minut drogi od lodowca Ciadin del Nevaio i szkoda byłoby go nie zobaczyć. Zmieniamy więc plany i wchodzimy wgłąb doliny. Okazuje się, że coś, co miało być lodowcem, jest tylko niewielkim polem lodowym. O ile na lodowiec nigdy byśmy nie weszli bez odpowiedniego sprzętu, to nie mieliśmy obiekcji wobec pola lodowego. A to otworzyło nam drogę do „pełnowymiarowej” ferraty Merlone Ceria na północno-wschodni wierzchołek Cima Cadin di San Lucano.

Oczywiście, w głębi doliny nie ma zasięgu, więc nie jesteśmy w stanie sprawdzić informacji o ferracie. Idziemy na żywioł 😉
Ferrata Merlone Ceria
Po przejściu pola lodowego wypatrujemy oznaczeń szlaku i kierujemy się do najbliższego z nich. To błąd, gdyż oznaczenie, na które się kierujemy nie jest najbliższe. Zamiast iść ubezpieczonym fragmentem pokonujemy kilkanaście metrów w skale bez asekuracji. Ponieważ trudności przy wchodzeniu nie są duże, nigdy byśmy na to nie zwrócili uwagi, gdyby nie to, że dwie godzin później zeszliśmy w zupełnie innym miejscu 😉 Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że początek szlaku jest ubezpieczony tylko częściowo – w trudniejszych miejscach.
Ostatecznie wchodzimy na ferratę i oszołomieni jesteśmy liczbą drabin. W zasadzie, szlak się składa niemal wyłącznie z drabin, które są mniej lub bardziej pionowe. Trudności nie ma w tym prawie wcale, ale myśl, że jesteśmy pośrodku prawie pionowej ściany bardzo nas obciąża. Im wyżej wchodzimy, tym bardziej zastanawiamy się, jak zejdziemy. Ale nie myślimy tu o drabinkach, ale o zejściu nieubezpieczonym fragmentem (o którym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest poza szlakiem).

Wycofanie
Czy to w skutek stresu, czy obniżonego ciśnienia, Michała zaczyna mocno boleć głowa. Rzut oka na wysokościomierz: 2680, 100 metrów do szczytu i wspólna decyzja: wracamy, to nie ma sensu. Wyżej będzie tylko gorzej, a przy powrocie będziemy bardziej zmęczeni.
Schodzenie po drabinkach byłoby banalnie proste, gdyby nie to, że patrzy się w dół, czyli w otchłań. A, jak napisał Nietzsche, otchłań patrzy na nas. Staramy się w spokoju znieść ten wzrok i powoli schodzimy ku dnie doliny. Tym razem idziemy cały czas szlakiem, więc jest trochę łatwiej, chociaż ciągle są miejsca, gdzie serce przyspiesza.

Schodząc doliną w kierunku schroniska kierujemy się niemal prosto na Tre Cime di Lavaredo. Oglądamy je w całej okazałości, doskonale komponujące się z otaczającymi je górami. Nie dość, że oglądamy je za darmo (do Tre Cime prowadzi prywatna droga asfaltowa), to mamy zdjęcia ciekawsze, niż te sztampowe, widoczne na każdym kroku w Dolomitach, Fejsbuku, czy Instagramie, na których Tre Cime wypełnia cały kadr.
Przełęcz Diabła w Cadini di Misurina
Gdy schodzimy po raz kolejny do schroniska Fratelli Fonda Savio, zastanawiamy się, co jeszcze można robić w Cadini di Misurina. Oczywiście oprócz zjedzenia pysznego obiadu, co bardzo szybko i sprawnie robimy.
Nasz wybór pada na przejście przez Forcella del Diavolo, czyli Przełęcz Diabała. Skąd ta nazwa, trudno nam powiedzieć, ale krajobraz faktycznie mógłby robić za tło do wizualizacji piekła 😉

Podejście na Przełęcz od strony schroniska jest dość rzadko uczęszczane i ścieżka przez piargi jest w zasadzie niewidoczna. Zagadujemy dwójkę Włochów, co myślą o szlaku. Jeden pokazuje w górę – tam jest Przełęcz, to pewne. A jak tam dojdziecie, to wszystko jedno. Tak właśnie robimy, idziemy przez piargi pod górę totalnie na wyczucie… i dochodzimy na przełęcz.
Droga w dół jest już bardziej stroma i krucha, ale ścieżka w dół jest dobrze widoczna. Co więcej, w niektórych miejscach jest ubezpieczona liną i dostawiona jest drabinka. Szlak jest jednak na tyle łatwy, że nie wyciągamy sprzętu do ferrat.

Po zejściu do doliny Ciadin de la Neve jest już prosto. Początkowo poruszamy się kamienną pustynią, lecz im niżej schodzimy, tym bardziej zielono się robi wokół nas. Wreszcie docieramy nad Lago di Misurina i możemy położyć się w łóżku namiocie.
Podstawowe informacje:
Długość: 10,2 km
Przewyższenie: 1265 m
Czas przejścia: 4 h 35 m
Trudność: bardzo trudna; via ferrata: B/C , 1- (Klettersteig.de)
Dojazd: samochodem, autobusem
Mapa:
Leave A Reply