Nasze dotychczasowe wpisy były niemal zawsze poświęcone konkretnym wycieczkom w góry i to właśnie jest to, na czym chcielibyśmy się na tym blogu skupić. Ale przez tych wiele lat wędrowania po górach nauczyliśmy się bardzo wiele o tym, co jest nam w plecaku potrzebne, a co nie. Chcielibyśmy część tej wiedzy Wam przekazać. Dlatego też rozpoczynamy nowy cykl publikacji. Chcielibyśmy pisać o rzeczach raczej niestandardowych, którym często poświęca się mniej uwagi. Zdecydowanie na boku pozostawimy kwestie sprzętowe. Mamy też taki pomysł, żeby Pierwszy wpis poświęcamy czemuś kontrowersyjnemu. Chciałoby się powiedzieć „mocnemu”, ale z uwagi na temat alkoholu, lepiej zostańmy przy „kontrowersyjnym” 😉 Więc jak to jest? Czy bezpiecznie jest pić alkohol w górach?
Krótka ewolucja górskiego alkoholizowania
Jeśli myśleliście, że zabieranie alkoholu w góry, czy spożywanie go na miejscu to znak naszych czasów, to byliście w błędzie. Skoro produkcja alkoholu trwa od wieków, to i od wieków spożywano go dosłownie wszędzie. Swojego czasu przeczytałem w książce „Wołanie w górach” jeden z pierwszych opisanych wypadków w polskich górach. Działo się to chyba jeszcze w XIX wieku w Tatrach. Jeden z turystów potknął się i dość widowiskowo poleciał w dół zbocza. Wskutek tego groźnie wyglądającego wypadku, wydarzyła się rzecz bardzo smutna. Rozbiła się temu turyście butelka araku (anyżówki). Zatem już wtedy ktoś nie tylko brał alkohol w góry, ale również się tym chwalił! Nawiasem mówiąc, jeśli kogoś interesuje historia ratownictwa górskiego, to ta książka jest fenomenalnym źródłem wiedzy.

Może kojarzycie również stereotypowego ratowniczego psa rasy bernardyn – z baryłką brandy na szyi. Oto kolejny przykład zakorzenionego w ludzkiej naturze pragnienia – jak zagubię się w górach, albo spadnę z lawiną, to najlepsze, co może mi się mi przydarzyć, to słodki piesek przynoszący alkohol 😉
O ile obecnie niewiele osób nosi ze sobą w góry brandy albo anyżówkę, to czy dalej może nas dziwić alkohol w górach? Niestety coraz częściej jest to tanie, rozcieńczone piwo w jednorazowych kubkach. Tym bardziej niestety, że wiele z tych kubków ląduje później w lesie przy szlaku.
Co doradzają profesjonaliści?
Uwaga, nie mówimy tu o nas! Podczas jednej z licznych wizyt w pewnym sklepie górskim, podsłuchałem rozmowę pracownika sklepu z innym klientem. Pracownik, głosem znawcy, mówił: „kiedyś, jak byłem młody i głupi, zabierałem piwo w góry. Teraz wiem, że się nie opłaca. Lepiej brać coś mocniejszego, w końcu waży tyle samo”. Rada ta wpasowuje się w klimat opowieści o rozbitej anyżówce i bernardynie z brandy – wszak są to alkohole wysokoprocentowe 😉

Już zupełnie na poważnie, to profesjonaliści, czy to ratownicy, czy lekarze są zgodni. Spożywanie alkoholu w trakcie wycieczki, zwłaszcza w złych warunkach pogodowych (np. zimą), czy trudnym terenie, jest złym pomysłem. Nie tylko osłabiamy nasz organizm fizycznie, ale również spowalniamy nasz umysł, którego trzeźwość jest w górach kluczowa. W trudnym terenie, nawet na znakowanych szlakach turystycznych, pewność kroków i chwytów jest niesamowicie istotna dla bezpieczeństwa nas i innych turystów. Zdolność analizowania warunków atmosferycznych czy prowadzenia nawigacji może zdecydować o powodzeniu wycieczki, o zagubieniu się w górach albo o znalezieniu się w burzy.
To brać, czy nie brać?
Odpowiemy filozoficznie: brać można, ale trzeba dobrze przemyśleć, kiedy go wypić. Zdecydowanie odradzamy spożywanie alkoholu w trakcie wędrówki – nie tylko osłabia, ale również czyni mniej wrażliwym na to, co dzieje się dookoła. Zdecydowanie lepiej upajać się pięknym krajobrazem, śpiewem ptaków, szumem potoku.
Co innego po dotarciu do celu: pensjonatu, albo schroniska 😉 Zimne piwo nigdy nie wchodzi tak dobrze, jak po kilkunastu godzinach na szlaku. Tylko taka wskazówka, poparta ćwiczeniami praktycznymi – najpierw prysznic, potem piwo. Przy odwrotnej kolejności trzeba ze sobą powalczyć, żeby iść pod prysznic zamiast do śpiwora 😉 Trzeba również pamiętać, żeby nie przedobrzyć, bo nadmiar zdecydowanie nie służy regeneracji przed kolejnym dniem łażenia po górach.

A jak jest z nami? Cóż, chyba na każdą co najmniej dwudniową wycieczkę bierzemy coś ze sobą, ale… bardzo często wracamy z pełną butelką/piersiówką. Dla przykładu, gdy w 2015 roku zaczynałem swoją przygodę z wielodniowymi wypadami w góry, do mojego ekwipunku trafiła 50 ml buteleczka koniaku. Miała pełnić dwie funkcje: tradycyjną 😉 i do dezynfekcji drobnych ran. W praktyce okazało się, że koniak zwiedza Polskę razem ze mną. Oprócz pierwszego wyjazdu w Góry Izerskie (3 dni), pojechał jeszcze na 4 dni w Karkonosze, dwa tygodnie w Bieszczady i jeszcze na kilka dni w Tatry. Dopiero w Tatrach, po wycofaniu się tuż poniżej wierzchołka Rohacza Ostrego, w schronisku poprawiałem sobie nim humor. Czy to znaczy, że przez te wszystkie wypady nic nie piłem? No nie, po prostu zawsze było w schronisku albo sklepie jakieś dobre piwo 😉 A w Chochołowskiej akurat nie było.
Jeszcze gwoli wyjaśnienia: wspomniałem o używaniu alkoholu do dezynfekcji drobnych ran. Zdecydowanie lepiej radzi sobie z tym Octenisept. No i szkoda wylewać dobry alkohol na jakieś otarcia czy pęcherze 😉
Leave A Reply