O, tam, przy tym głazie odpocznę. To jakieś pięćdziesiąt metrów. Dam radę!
Ruszam, dziesięć metrów, dwadzieścia… Jest źle. Przeciążony plecak wbija się w ramiona. Krok. Oddech. Krok. Oddech. Spoglądam na głaz, który wydaje się być tak blisko, nie więcej niż dwadzieścia metrów ode mnie. Krok. Oddech. Staję i nie wierzę, to masakra, nie daję rady. Ani fizycznie ani psychicznie. Olewam głaz. Rzucam plecak na ziemię i siadam na nim. Co ja w tych Dolomitach robię?!

To mój czwarty dzień na Alta Via delle Dolomiti n. 1
To około 150-kilometrowy szlak poprowadzony przez najpiękniejsze góry na świecie, Dolomity. Strzeliste turnie, niczym z bajkowej krainy, w niesamowitych kolorach, czasem olśniewająco białe, innym razem piaskowo-złote, monumentalnie wznoszą się nad ścieżkami. Niestety, te oszałamiające widoki są teraz przysłonięte gęstym lasem. Jednak, pomimo cienia, siły odbiera ten sam gorąc, który towarzyszy mi już czwarty dzień. Jest niesamowicie upalnie, przynajmniej dla mnie. Na ten komentarz, dzień wcześniej, z oburzeniem, zareagowała Australijka „It’s not unbelivably hot”! Just hot!”. Przez moment cieszę się, że nie jestem w Australii. Niestety, to pomaga tylko przez chwilę.
Temperatura jest tylko jednym z problemów
W końcu mogę powiedzieć „problem”! W pracy są tylko issues do czelendżowania 😉 „W nogach” mam kilkadziesiąt kilometrów i kilka tysięcy metrów przewyższenia. Przez ostatnie noce w pokojach wieloosobowych, na wysokości około 2500 m n.p.m. nie spało mi się dobrze, a kondycja też mogła by być lepsza. Przy tej okazji mogę podzielić się spostrzeżeniem, że chrapanie jest problem międzynarodowym. Nie dotyczy to tylko polskich schronisk.

Elektrolity i lembasy. Więcej lembasów
Odpłynąłem, nie tylko tu, ale też siedząc na plecaku. Bezmyślnie wpatrywałem się w leśną ścieżkę przede mną, pnącą się dalej, ku Cinque Torri. Gdy minęli mnie inni turyści, ocknąłem się. Zsiadłem z plecaka i sięgnąłem po prowiant: co my tu mamy… O, lembasy. I… więcej lembasów. Czwarty dzień w drodze, oznacza również czwarty dzień wsuwania „lembasów” – domowych batonów musli sklejonych mlekiem zagęszczonym. Są pożywne, ale już po drugim dniu można mieć dość smaku skondensowanego mleka. No to jeszcze czegoś się napijemy – tutaj kolejna antypyszność, cytrynowo-miętowe elektrolity – ich główny plus, intensywność smaku zabijająca posmak plastiku camelbacka, jest równocześnie główną wadą. Ale mają też glukozę, a glukoza jest fajna 🙂
Czas próby
Wstaję, wrzucam na ramiona mój piętnasto-kilogramowy „plecaczek” i ruszam. Chwila odpoczynku niewiele pomogła, a rzut oka na mapę zasmucił mnie jeszcze bardziej – do schroniska Averau, które wyznaczyłem na cel dzisiejszego etapu, są jeszcze ponad dwie godziny. A gdyby tak… gdyby zatrzymać się schronisko szybciej? Czy to będzie oszustwo? Zrobiłbym tylko nieco ponad połowę zaplanowanego etapu. Ale… Czy ja tu zbieram KPIe? Czy jestem tu dla frajdy? Przypominają mi się słowa, które gdzieś kiedyś przeczytałem, chyba u Łukasza Supergana: najlepszym wędrowcem nie jest ten, który robi najdłuższe szlaki. Nie jest też ten, który robi najtrudniejsze szlaki. Najlepszym jest ten, który ma z tego najwięcej radości. W podobnym tonie wypowiadał się słynny wspinacz Alex Lowe.

Speck!
Decyzja powzięta, zatrzymuję się na noc w Rifugio Cinque Torri! Nie mów hop, jak się okazuje.
- Dzień dobry, czy macie wolne łóżko?
- A masz rezerwację?
- Nie.
- To nie mamy.
- …
- Ale piętnaście minut dalej jest drugie schronisko.
- Okej… A macie coś do jedzenia?
- Pora lanczowa minęła pół godziny temu. Nie mamy już nic ciepłego. Mogę ci zaproponować kanapkę.
- A z czym?
- No na przykład ze speckiem albo serem.
W mózgu zapalają się lampki: SPECK! SER! Jeja, jakie to cudowne!
- A można z jednym i drugim?
Rifugio Scoiattoli
Chwilę później dostaję ogromną kanapkę, w której jest więcej specku i sera niż bułki. Jestem w niebie. Nie tylko tym kulinarnym, choć za tyrolskim speckiem i dojrzewającymi serami wprost szaleję. Okolica Cinque Torri, jest nie tylko rajem dla wspinaczy, ale też jednym z najpiękniejszych miejsc w Dolomitach. Jest pięknie i magicznie. Dopóki nie zakładam plecaka. Wtedy magia pryska, ale piękno gór pozostaje. Szkoda tylko, że pod wpływem ciężaru, wpatruję się głównie w ścieżkę pod nogami.
Po pół godzinie powolnego marszu, docieram do kolejnego schroniska, Rifugio Scoiattoli, około godziny drogi od końca etapu i dostaję łóżko, na które, zaraz po prysznicu, padam i zasypiam. Jem kolację, padam i znowu zasypiam z myślą, że BĘDZIE DOBRZE!
BĘDZIE DOBRZE!
Budzę się, wyglądam za okno. Leje. Jest szaro, buro, smutno, zimno i leje.

Ruszam na szlak. Nie jest dobrze. Jest cudownie – w końcu nie jest gorąco, jestem wyspany i szczęśliwy, że zamiast realizowania planu na sztywno, cieszę się tym co robię.
Chociaż jest deszczowo niemal do końca dnia, to mój najlepszy dzień na szlaku.
Dopiero po kolacji przestaje padać i rozwiewają się chmury. I wygrywam górę złota:

Leave A Reply