Chociaż nasz blog jest głównie górski, wędrujemy również po nizinach. Co więcej, nie zawsze spędzamy czas w naturze, ale dostrzegamy również piękno architektury i miejskie wygody. Dlatego, w ramach odmiany, proponujemy Wam artykuł o nietypowej dla nas tematyce. Chcielibyśmy przedstawić Wam cztery miasta we Flandrii (Vlaanderen), czyli północnej Belgii. Trzy z nich polecali nam Belgowie, jako najpiękniejsze miejscowości w ich kraju. Czwarte trafiło na naszą listę trochę przypadkiem, a trochę jako element kontrastowy. Podsumowując, zapraszamy Was na wycieczkę po Antwerpii, Brugii, Gandawie i Ostendzie. W połowie pisania artykułu, udało mi się odkryć funkcję wstawiania prezentacji kilku zdjęć w jednym bloku – mogę więc wrzucić więcej zdjęć niż standardowo! Flandria jest zdecydowanie warta obfotografowania 🙂

Polskich egzonimów nie znajdziecie na mapach, więc podajemy też oryginalne niderlandzkie nazwy: Antwerpen, Brugge, Gent i Oostende. Belgowie z południa (francuskojęzyczni) nazywają je: Anvers, Bruges, Gand i Ostende. O ile prostszy i piękniejszy byłby świat, gdyby wszyscy się posługiwali lokalnymi nazwami własnymi, zamiast tworzyć swoje własne wersje, zwłaszcza tak brzydkie jak Gandawa, która nie ma nic wspólnego z wymową niderlandzką „Hjent” lub „Hhent”, czy francuską „Gą”…

Nasza metoda zwiedzania miast
Nic nie potrafi tak zepsuć humoru, jak szukanie miejsca parkingowego w ciasnych uliczkach, dlatego do miast najchętniej dojeżdżamy pociągiem. W ten sposób startujemy w centrum a do tego możemy swobodnie degustować miejscowe trunki – a trzeba pamiętać, że Belgowie tworzą jedne z najlepszych piw na świecie! Wszystkie te miasta są łatwo dostępne z Brukseli i położone są blisko siebie, co ułatwia planowanie podróży. My podzieliliśmy zwiedzanie na dwa czterodniowe wyjazdy: 1. Antwerpia i Gandawa, 2. Brugia, Ostenda i Bruksela. Z Brukselą jeszcze nie skończyliśmy, więc musimy tam jeszcze wrócić i wtedy pojawi się osobny artykuł.



Nie mamy również żadnego konkretnego planu, tylko , swobodnie szwendamy się, gdzie nas oczy poniosą, czyli tam, gdzie są ładniejsze budynki. Oczywiście kontrolujemy też od czasu do czasu mapę, żeby upewnić się, że zwiedziliśmy co ładniejsze obiekty, jak rynek, kościoły, fortyfikacje, muzea itp. Dlatego, zamiast proponować Wam konkretną trasę, raczej polecamy ciekawe miejsca, a reszta niech dzieje się spontanicznie! 😉


Jeśli chodzi o jedzenie, to celujemy w małe knajpki z lokalnym jedzeniem. Jeśli nie ma menu po angielsku, to jest to idealne miejsce, bo autentyczne i nie nastawione pod turystów 😉 Najczęściej sugerujemy się opiniami i zdjęciami w Google Maps. Oczywiście nie samym jedzeniem człowiek żyje i po obiedzie należy się dobra kawa. W tym pomaga nam Coffee Trip – aplikacja dla fanów alternatywnych metod parzenia kawy.


Antwerpia
To najludniejsze miasto z całej czwórki a do tego drugi największy port w Europie. Kamienice są wysokie, ulice szerokie, ruch duży, więc zwiedzanie przypomina chodzenie po Wrocławiu czy Krakowie. Chociaż port znajduje się daleko od centrum, to odniesienia do statków są wszechobecne: na elewacjach czy fontannach. Natomiast nie szukajcie plaży! Antwerpia nie leży nad morzem, tylko nad rzeką 🙂 Z uwagi na wielkość portu, miasto było niezwykle ważne pod koniec Drugiej Wojny Światowej a w związku z tym doświadczyło zniszczeń, między innymi za sprawą rakiet V1 i V2.


Kolejną ciekawostką o Antwerpii jest niezwykła ilość jubilerów. Jest tu światowe centrum handlu diamentów, więc jest to jakiś pomysł na pamiątkę z podróży. Trzeba tylko pamiętać, że sklepy jubilerskie są nieczynne w soboty, co pozwala domyślać się jaką religię wyznają jubilerzy 😉


Szczególnie możemy polecić muzeum Mayer van den Bergh, w którym znaleźć można dzieła Pietera Bruegela Starszego. Budynek jest bardzo niepozorny, bo kiedyś był to prywatny dom.


Na kawę wybraliśmy się oczywiście (i to dwukrotnie!) do Caffenation. Mają swoją własną palarnię, z której ziarna można kupić też w Polsce!


Gandawa
Miasto o zupełnie odmiennym charakterze. Tak jak Antwerpia przyciąga XIX-wieczną architekturą, tak Gandawa czaruje budynkami z późnego średniowiecza. Jest mniejsza, bardziej przytulna a dodatkową atrakcją są liczne kanały przecinające miasto. Nic więc dziwnego, że przyciąga więcej turystów.
Co więcej, Gandawski zamek jest zdecydowanie lepiej zachowany niż ten Antwerpski. Z uwagi na ograniczony czas, obejrzeliśmy go wyłącznie z zewnątrz. O wiele bardziej (i słuszniej) kusiło Museum voor Schone Kunsten, a w zasadzie wystawiony w środku Jheronimus Bosch 😉 !


Brugia
Przez wielu uważana za najładniejsze miasto w Belgii, czy słusznie, trudno powiedzieć, bo zostało nam jeszcze dużo do zwiedzenia, ale dotychczas zdecydowanie jest na prowadzeniu. Po wejściu w obręb dawnych murów miejskich, zabudowa staje się niezwykle spójna. Jeśli budynki nie są sprzed kilkuset lat, to dalej są budowane tak, żeby do nich pasowały. Poza kamiennymi kościołami i kilkoma wyjątkowymi budynkami, całe miasto składa się z cegły. Kamienice są bogato zdobione, chociaż raczej niskie. Niemal każda ulica jest tak urocza, że aż prosi się o zdjęcie. Jednocześnie, pomimo tego bogactwa detali i natłoku turystów, czuć małomiasteczkową atmosferę Brugii.


Jedną z największych atrakcji miasta są liczne kanały przecinające stare miasto, zimą zaś to popularne miasto jarmarkowe. O tyle o ile tego zimowego szaleństwa zupełnie nie rozumiemy, to musimy przyznać, że jarmark w Brugii zorganizowany jest z głową. Budy nie zastawiają zbyt wiele przestrzeni a i smród spalonego tłuszczu jakby mniejszy 😉
Inną zimową atrakcją, o której dowiedzieliśmy się na miejscu, jest festiwal świateł Winter Gloed. Na kilkukilometrowej pętli na starówce rozstawione są różne instalacje świetlno-artystyczne, które naprawdę świetnie wpisują się w klimat miasta. Polecamy!
Przy okazji polecajek: tradycyjne belgijskie obiady (gulasz wołowy, gulasz z królika, krokiety) smakowały nam w ONE Restaurant i Delice Brugge. Przepyszne śniadania jedliśmy w Yarn (5 euro taniej niż w hotelu a dania były niesamowicie dobrze skomponowane) zaś na kawę speciality trafiliśmy w Coffeebar Adriaan.
Ostenda
Być tak blisko morza jak Brugia i nie zamoczyć nóżek w morzu? No nie da się odmówić sobie tej przyjemności, nawet w grudniu. Stąd więc pomysł, żeby zobaczyć Ostendę. Wprawdzie z opowieści wiedziałem, czego się spodziewać, lecz Ostenda wywarła naprawdę smutne wrażenie. To trochę tak, jakby wyciągnąć polskie blokowisko i zawieść do Belgii, pozostawiając kilka oryginalnych kamienic.


Jedną z przyczyn była wojna, drugą najwyraźniej musiało być umiłowanie wyjątkowo smutnego modernizmu. Fanatycy żelbetu z pewnością będą zachwyceni 😉 Jeśli nie blokowskiem na nadmorskiej promenadzie, to z pewnością pozostałościami Wału Atlantyckiego. Obok Ostendy jest jeden z niewielu zachowanych dużych fragmentów umocnień na belgijskim wybrzeżu. Niestety zimą schrony są zamknięte (zapewne z uwagi na dobro nietoperków). Architektoniczną perełką miasta jest z pewnością neogotycki kościół Świętych Piotra i Pawła.

































Leave A Reply