Dzień na campingu nie zaczyna się wraz z budzikiem. Śpiew ptaków skutecznie rozbudza nas już o świcie. Jest jednak na tyle chłodno, że nie wychylamy się z namiotu i staramy się przetrzymać do budzika. W końcu czeka nas dziś długi dzień. Najpierw przeprawa promowa, a później podróż przez południową Szwecję nad jej największe jezioro, Vänern. Gdy nadchodzi właściwy czas, powoli wypełzamy z namiotu i bierzemy się za przygotowanie śniadania. Ponad standardowy szczebiot ptasi wybija się jeden dźwięk: klangor żurawi. Wydają się być naprawdę blisko, więc zgarniam aparat i tak jak jestem ubrany, idę ich szukać. Żurawie są tuż obok campingu, ale by podejść bliżej, muszę przejść po skoszonej łące pełnej rosy. W japonkach to niełatwa sztuka!

Prom
Zestresowani wjeżdżamy do portu Mukran poszukując miejsca, skąd odpływa nasz prom. Wszystko jest doskonale oznaczone, odprawę przechodzimy błyskawicznie a na promie, choć jest ciasno, obsługa bezbłędnie kieruje autami. Problemy rozpoczynają się gdy chcemy wejść na pokład. Drzwi nie mają klamek ani żadnego uchwytu. Jest tylko ogromny czerwony guzik swoim wyglądem wołający „jak mnie klikniesz, to coś wybuchnie, albo włączy się alarm”. Idziemy do kolejnych drzwi i sytuacja się powtarza. Utraciwszy wszelką nadzieję, ostrożnie klikam guzik i… otwierają się drzwi. Wygląda na to, że z tym promem to więcej stresu niż to warte.

Jedną z atrakcji Rugii są potężne klify. Normalnie turyści wykupują rejs statkiem wzdłuż klifów. My tę atrakcję mamy w cenie promu, bo z otwartego pokładu na rufie możemy podziwiać ten cud natury. Przybliżenie teleobiektywu pozwala na dokładne przyjrzenie się im. Zastanawiamy się, czy można byłoby wybrać się na spacer u ich podnóża – to dopiero byłyby wrażenia.

Na pokładzie jest mnóstwo telewizorów i jak się okazuje, można połączyć się z telewizorami przez Bluetooth. Mój niecny plan wyświetlenia zdjęć słodkich chomików krzyżuje brak pilota do wpisania kodu. Następnym razem koniecznie muszę wziąć pilot od naszego Samsunga! Przychodzi do nas też cennik roamingu pokładowego z kosmicznymi cenami i od razu wyłączamy telefony 😉
Skane
Po dwóch godzinach rejsu zjeżdżamy na szwedzką ziemię. Wybraliśmy niestandardową trasę, która nie prowadzi autostradami, tylko mniejszymi drogami, równymi choć dość wąskimi. Przez wiele kilometrów podziwiamy Skanię – towarzyszą nam piękne pofalowane pola i łąki, pasące się krowy i czerwone drewniane domy. W oczy rzucają się ogromne znaki informujące o fotoradarach, pod którymi umieszczone są zawsze aktualne ograniczenia prędkości. Większość kierowców jedzie przepisowo, ale na podstawie ich zachowania nie jesteśmy w stanie zorientować się, czy potrzebujemy świateł mijania, czy wystarczą te do jazdy dziennej.
Z drogowych obserwacji, to zadziwieni jesteśmy różnorodnością znaków ostrzegających przed dzikimi zwierzętami. U nas są tylko „skaczące jelenie”, zaś w Szwecji są aż 3 rodzaje: jelenie, dziki i łosie. Natomiast to, co nas zachwyca od pierwszego spojrzenia, to pobocza dróg i autostrad pokryte dorodnym kwitnącym łubinem. Roślina ta kojarzy nam się z pierwszą wycieczką w góry tylko we dwoje, więc wrażenie jest tym większe. Całe połacie mienią się na fioletowo, różowo i biało. Niesamowite!
Na obiad zatrzymujemy się w przyautostradowej knajpce. Z polskimi doświadczeniami spodziewamy się najgorszego. Natomiast ta restauracja jest również sklepem rybnym z dużym wyborem wędzonych ryb. Ogromna porcja pieczonego łososia z sałatką ziemniaczaną kosztuje nas tyle co ryba w polskiej nadbałtyckiej smażalni. Można zrobić niesmażoną rybę? Można! Zachwyceni obiadem bierzemy jeszcze spory kawałek wędzonego łososia do kanapek i zamawiamy kawę. Kawa okazuje się być samoobsługowa – można sobie nalać z dzbanka według uznania, więc lejemy do pełna, bez mleka. Taka porcja bardzo mocnej i kwaśnej kawy postawiłaby na nogi umarłego! 😀

Zachód słońca nad jeziorem Vänern
Gdy zbliżamy się do jeziora Vänern, nad którym jest nasz kolejny camping, łapie nas deszczyk. Towarzyszy mu niesamowita tęcza. Jej łuk jest niemal płaski, więc ledwo wystaje ponad horyzont. Gdy docieramy na camping, znów mamy pod górkę. Recepcja jest zamknięta a wjazd na camping zamknięty jest szlabanem. Więc nawet jeśli byśmy chcieli zapłacić rano, to nie możemy. Chwytając się ostatniej deski ratunku, próbujemy zadzwonić na numer campingu i o dziwo ktoś odbiera. Okazuje się, że zapłacić możemy też w recepcji pobliskiego hotelu, więc pędzimy w tamtym kierunku, bo pani nas informuje, że kończy pracę za 15 minut.

Dobiegamy na czas, dowiadujemy się wszystkiego o naszym miejscu noclegowym, dostajemy pilot do szlabanu i próbujemy zapłacić. Okazuje się, że camping, tak jak i wiele innych miejsc w Szwecji, w ogóle nie przyjmuje gotówki. Płatność tylko kartą, a że używamy pre-paida, to akurat skończyły się pieniądze na koncie 😉 Oczywiście to nie problem, żeby zapłacić przy wyjeździe, a szlaban można ominąć wjeżdżając na camping z drugiej strony…
Nasze zszargane nerwy leczymy wybierając się na spacer nad jezioro. Pobliski zamek prezentuje się w zachodzącym słońcu obłędnie. Jeszcze przyjemniej jest siedzieć na brzegu, jeść ciastka i popijać winem. Niestety, wraz z zachodem słońca nadciągają całe masy komarów, które tylko marzą o naszej delikatnie napromilowanej krwi 😉

Leave A Reply