Dziś znów czeka nas wielogodzinna podróż samochodem, ale w końcu dojedziemy do Norwegii. Czyli jeszcze tylko ten dzień i będzie można skupić się wyłącznie na odpoczynku. Oczywiście, jeśli uznać mozolne włażenie na górę za górą za odpoczynek 😉 Podekscytowani tym, że siedzenie za kółkiem niedługo się skończy, zaczynamy nowy dzień.
Jeszcze trochę Szwecji
Zwijanie namiotu, poranna toaleta i zjedzenie owsianki na śniadanie zajmuje nam dwie godziny. Chociaż z wyjazdu na wyjazd poprawiamy organizację, to i tak dużo czasu na to schodzi. Chyba taki urok campingów, że to po prostu jest „slow life” i tak ma być. Ma to dużo uroku, ale z drugiej strony trudniej jest wykorzystać poranne godziny, kiedy słońce tak nie grzeje, na podróż.

Jeszcze zanim zwinęliśmy namiot do końca, zlatują się do nas wróble i zięby. Siadają na wyciągnięcie ręki, licząc, że załapią się na okruszki, bądź owady, które ubiliśmy wokół namiotu. Komarów to tu nigdy nie brakowało… Po dwóch dniach wiatru w końcu zrobiło się spokojnie, a my wyjeżdżamy.
Po drodze zauważamy olbrzymi płaskowyż ze strzelistymi ścianami przypominający polskie Góry Stołowe, to Halle-Hunneberg, miejsce, które zapamiętujemy jako warte odwiedzenia przy innej okazji. Zatrzymujemy się też na zakupy. Na szczególną uwagę zasługuje kawior w cenie żółtego sera (o niewiele większej gramaturze) i jogurt dostępny tylko w litrowych kartonach. Nieco dalej mijamy pierwszy fiord: Saltkällefjorden. Widzimy go tylko z autostrady, więc nie robi olbrzymiego wrażenia, ale to oznacza, że jesteśmy już blisko celu.
I już Norwegia
Chociaż Norwegia jest w strefie Schengen, to wjazd nie jest tak bezproblemowy, jak między krajami Unii. Nie ma też wielkich utrudnień, po prostu autostrada jest zamknięta i trzeba przejechać przez obszar kontroli celnych. Nikt nas nie zatrzymuje i sprawnie przejeżdżamy przez labirynt parkingów i uliczek.

Pomimo przekroczenia granicy, krajobraz się nie zmienia. Dopiero w okolicach Drammen natrafiamy na pierwszą płatną drogę, ale nie wymaga ona od nas żadnych formalności. Fotoradar robi zdjęcia, sczytuje numer tablic a następnie fakturę dostaje się do skrzynki pocztowej.
Zupełnie przypadkowo trafiamy na średniowieczny drewniany kościół klepkowy w Heddal. Po drodze stoi tablica, na piktogramie wygląda ładnie, więc się zatrzymujemy. I tak nie mamy nic ciekawszego do robienia. Kościół o tej porze jest akurat zamknięty, bo jest już późne popołudnie, ale warto jest go zobaczyć z zewnątrz. Z drugiej strony, specjalnie nie różni się od Wangu, który możemy zobaczyć w Karpaczu 😉 Natomiast bardzo spodobały się nam nagrobki na cmentarzu okalającym kościół. Na wielu z nich były figurki przytulonych ptaszków! Podróże kształcą, mówią. Chyba tak jest, bo przed wyjazdem do Norwegii nie mieliśmy żadnych planów wobec naszego nagrobka. Teraz już chyba mamy.

Po całym dniu jazdy, w końcu dojeżdżamy na „nasz” camping w Seljord. Jesteśmy jedynymi mieszkańcami namiotu, bo reszta turystów ma kampery albo przyczepy, ale dzięki temu noc kosztuje nas niecałe 90 zł za namiot, auto i dwie osoby. Na recepcji znajdujemy też ciekawą mapkę okolicy. Wygląda na to, że jutro wybieramy się w góry Telemark!
Już mamy iść spać, ale nie daje mi spokoju jedna rzecz. Zamknęliśmy auto? Zrezygnowany, wyglądam z namiotu i nie wierzę oczom, to chyba najciekawszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek widziałem. Mówię Ani, żeby wyjrzała i oboje jesteśmy urzeczeni. Można patrzeć i patrzeć.

A tak, auto było zamknięte. Ale co byśmy zobaczyli bez mojej małej fobii? Tylko ściany namiotu!

Leave A Reply