Chociaż wcześniej wcale tego nie planowaliśmy, zdecydowaliśmy się na pieszą wycieczkę w górach Telemarku, by wejść na szczyt góry Skorve. Po drodze chcieliśmy (no dobra, ja chciałem) zobaczyć szczątki amerykańskiego bombowca z II Wojny Światowej. Przed wyjazdem, z istnienia takiej atrakcji nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Faktycznie nie jest to popularny region, bo na szlaku spotkaliśmy tylko drwali i jednego rowerzystę 😉 Jak pisaliśmy w poprzednim artykule, mapkę interesującej trasy znaleźliśmy na recepcji campingu. Nie mieliśmy żadnej innej mapy, a aplikacja nie pokazywała jakichkolwiek ścieżek w tej okolicy, więc ten niewielki kawałek papieru musiał być podstawą naszej nawigacji. No ale jeśli informacja turystyczna zachęca do jakiejś trasy, to przecież nie może być trudno, nie? Jak się okazało, nie do końca…

Pod górkę od samego rana
W nocy mocno wiało i targało niewielką kopułą naszego namiotu. Tropik trzepotał na wietrze a stelaż się uginał skrzypiąc. Do tego przez całą noc było jasno, więc była prawdziwa kumulacja utrudnień spania. Półprzytomni wciągamy śniadanie z kawą i pakujemy się do auta. I wcale nie jest łatwiej. Opis dojazdu na parking jest tak napisany, że wybieramy złą drogę i odbijamy się od zakazu wjazdu. Okazuje się, że oprócz ulicy Gullnesveg jest również ulica Gullnesvegen i to dodatkowe „-en” robi ogromną różnicę…

„Nasza” ulica jest asfaltowa tylko do pewnego momentu, a dalej musimy jechać wąską szutrową dróżką prowadzącą dość stromo pod górę. W końcu dojeżdżamy na parking, wrzucamy kilkadziesiąt koron sugerowanej, lecz dobrowolnej opłaty parkingowej i ruszamy.

Jest godzina 11 i żar leje się z nieba, a my… oczywiście musimy iść stromo pod górę przez las, w którym nie czuć nawet najmniejszych podmuchów słońca. Jedyny plus jest taki, że gdy dochodzimy na punkt widokowy, okolica okazuje się być niesamowicie piękna. Udaje się nam nawet dostrzec nasz kemping, ale maleńki zielony namiocik, będący naszym domem, jest zupełnie niewidoczny.

Wrak Liberatora
Po wyjściu powyżej górnej granicy lasu w końcu mogliśmy lepiej rozejrzeć się po okolicy. Wszędzie dookoła nas wznoszą się góry a w oddali dostrzegliśmy łańcuch górski pokryty śniegiem. Wokół rosną tylko krzewinki, i karłowate drzewka, których wysokość nie przekraczała metra: jarzębiny, wierzby i brzozy. Często słyszeliśmy, że Karkonosze wyglądają jak Skandynawia. Cóż, możemy powiedzieć, że to nieprawda. Tutaj nie ma żadnej kosodrzewiny, która przecież zdominowała ogromne połaci Karkonoszy. Natomiast wiatr wieje podobnie 😉 Pomimo pełnego słońca robi się dość zimno i przychodzi czas na prawdziwy test dla nowej wiatrówki. Ta kurtka jest po prostu magiczna! Cieniutka warstwa materiału doskonale powstrzymuje podmuchy wiatru.

Wędrując w stronę wraku bombowca B-24 Liberator przemierzamy spokojną tundrę. Od czasu do czasu widujemy tylko małe ptaszki, które szybko uciekają a raz płoszymy parę pardw, nieco przypominających cietrzewie. Poza nimi, okolica wydaje się być wymarła. Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się flora, bo widujemy dużo zupełnie nam nieznanych kolorowych kwiatów. Pomimo ich kontrastowych barw, rzucają się w oczy tylko z bliska.

Elementy samolotu rozrzucone są po olbrzymim fragmencie stoku. Błyszczące aluminiowe fragmenty poszycia widoczne są nawet z kilkuset metrów, ale resztki silników czy podwozia maskują się o wiele lepiej pośród rdzawoczerwonych krzewinek. Oprócz Liberatora, w czasie II Wojny Światowej na Skorve rozbił się również niemiecki pasażerki Junkers, ale jego pozostałości nie są już oznaczone na mapie.

Szczyt Nordnibba
Według naszej mapki, by wejść na najwyższy szczyt masywu Skorve, musielibyśmy się wrócić spory kawałek drogi. Ale nasze sprytne oczy wypatrzyły wąską ścieżkę prowadzącą od wraku w kierunku szczytu, więc zdecydowaliśmy się, że pójdziemy nią, by nie wracać tą samą drogą i nie tracić wysokości. Korzystanie ze skrótów w górach nie zawsze jest najlepszym pomysłem, ale w tundrze wszystko wokół widać jak na dłoni, więc co takiego może się stać.

Ścieżka prowadzi nas przez widokowe tereny aż do strumienia na którym powstał urokliwy wodospad. To nasz drugi dzień w Norwegii, więc jeszcze się na nie napatrzyliśmy, choć znaleźć je można niemal wszędzie 😉 Następnie wędrowaliśmy dalej wzdłuż strumienia, aż dotarliśmy do jeziorka nad którym ścieżka zupełnie się urwała. Brzeg tego górskiego stawu składa się z olbrzymich głazów, więc powoli przechodząc z jednego na drugi i meandrując w poszukiwaniu wygodnej drogi, kierujemy się w stronę przeciwległego brzegu, po którym, według mapki, powinien prowadzić prawdziwy szlak.

Po kilkunastu minutach docieramy do znakowanej drogi i po chwili dyskusji dochodzimy do wniosku, że wylądowaliśmy tak daleko od docelowego szczytu, że lepiej już na niego nie wchodzić. Zamiast tego kierujemy się na drugi wierzchołek Skorve, o nazwie Nordnibba, by wrócić na parking inną drogą. Okolice jeziora, nad którym rozważamy dalszą drogę, są zdecydowanie bardziej „smutne” niż tereny, przez które wędrowaliśmy wcześniej. W krajobrazie widoczne są głównie szarości i brązy, co przypomina nieco wyższe partie Tatr, lecz tutaj szczyty górskie są bardzo zerodowane i nie tak strzeliste i ostre.

Powrót ze Skorve
Na szczycie spędzamy tylko kilka minut by zrobić pamiątkowe zdjęcia. Wieje tak bardzo, że szybko robi nam się zimno, a dookoła nie ma nic, co mogłoby ochronić przed wiatrem. Oba szczyty Skorve to szerokie i płaskie kopuły.

Według naszej mapki powrotny szlak powinien być kontynuacją tego, którym przyszliśmy. Niestety jest on tak rzadko uczęszczany, że często ginie pośród kamieni i krzewinek a czerwone kropki wyznaczające szlak są tak wytarte, że ledwo je widać. W pewnym momencie orientujemy się, że idziemy nie w tym kierunku co trzeba. Problem w tym, że żadnej innej ścieżki po drodze nie widzieliśmy.

Porównanie nawigacji i mapki wskazuje, że jesteśmy na północ od właściwego szlaku. Wokół nie ma bagien ani przepaści, więc decydujemy się na marsz na azymut. Kierujemy się bezpośrednio na południe, bo w ten sposób prędzej czy później będziemy musieli przeciąć szlak. Wędrówka na przełaj przez łany krzewinek i porostów nie jest najprzyjemniejsza, ale to najkrótsza droga. Po kilku minutach dochodzimy do wąziutkiej ścieżki, przy której znajdujemy ledwo widoczną czerwoną kropkę. Jesteśmy z powrotem na szlaku!

Dolina, którą schodzimy, jest niesamowicie piękna. Na bardzo starych górach wokół widać pofałdowane warstwy skał, które są dowodem jakim przeobrażeniom ulegały te okolice. Na horyzoncie widzimy długi ośnieżony łańcuch górskich, lecz dookoła nas jest zielona łąka poprzecina wartkimi potokami. Niżej widzimy piękne i wysokie wodospady, które urozmaicają nam wędrówkę. Gdy wchodzimy między drzewa, szlak zaczyna się bardzo dłużyć a ostatnie pięć kilometrów prowadzi szutrową drogą leśną. W pewnym momencie Ania wypatruje pięknego czerwonego gila, który szybko odlatuje i chowa się w drzewach zanim obróciłem się w odpowiednim kierunku.

Nocujemy na tym samym kempingu i dalej jesteśmy jedynymi mieszkańcami namiotu. Pani z obsługi pyta jak nam się pod tym namiotem śpi, jakby sarkastycznie, ale może jesteśmy zmęczeni i źle odczytujemy jej intencje. Ta noc jest już dużo lepsza i zdecydowanie mniej wieje.

Nie mamy jak oznaczyć naszej trasy, bo w Mapy.cz nie ma w ogóle tych ścieżek, więc wrzucamy filmik z Relive
Leave A Reply