To ten dzień, który przywrócił nam wiarę, że będzie nam dane wędrować po Hardangerviddzie. Nie był to jednak najłatwiejszy dzień, pomimo że przestało padać, zaś nad wodospadem Vøringsfossen pojawiła się nawet tęcza. Gardło, które dokuczało mi od kilku dni, zaczęło boleć jeszcze bardziej a plamki, które się na nim pojawiły, sugerowały anginę. Trzeba więc było przetestować norweską służbę zdrowia…

Vøringsfossen
Rano składamy zupełnie mokry namiot, który całą noc chronił nas od opadów. Jak zwykle próbujemy strząsnąć tyle wody ile się da, ale to na niewiele się zdaje, więc tropik będzie musiał się suszyć na podłodze za naszymi fotelami. Wyjątkowo, śniadanie jemy pod dachem tarasu. Dzięki temu jesteśmy bezpieczni od kończącej się już mżawki. Taka pogoda potrafi odbierać ducha, więc szybko wyjeżdżamy z Eidfjord, bo prognoza przewiduje lepsze warunki na wschodzie Hardangerviddy.

Dalej jedziemy drogą widokową i zatrzymujemy się nad wodospadem Vøringsfossen. Nie sprawdzaliśmy tego miejsca wcześniej, więc nie wiedzieliśmy czego się spodziewać a okazuje się, że to jest nie lada atrakcja. Po raz pierwszy w czasie naszego wyjazdu trafiamy na takie rzesze ludzi. No dobra, może nie ma tylu ludzi, co w sierpniu na Śnieżce, ale czasem trzeba poczekać minutę, czy dwie, żeby wejść na któryś z kilku widokowych balkoników. Vøringsfossen składa się z kilku kaskad i jest naprawdę potężny. Gdy słońce wychodzi spoza chmur, tworzy piękną tęczę.

To, co nas dziwi, to wielki bezpłatny parking z równie wielką i również bezpłatną toaletą. W naszym przedsiębiorczym kraju pewnie trzeba by zapłacić kilka razy za wszystkie te „atrakcje” 😉 Po obfotografowaniu Vøringsfossen z użyciem wszystkich obiektywów wsiadamy w auto i jedziemy dalej na wschód.

Spacerek
Pogoda robi się coraz lepsza, więc zatrzymujemy się jeszcze kilka razy. Wokół drogi są ogromne przestrzenie pofałdowanego dzikiego terenu poprzecinanego jeziorami i potokami. Decydujemy się na spacer połączony z rozpoznaniem terenu i warunków. Zaczynamy na jednej z wielu zatoczek parkingowych, przy której zaczyna się szlak. Jest on dobrze oznaczony, lecz nie zawsze możemy iść zgodnie z jego przebiegiem. Przeszkadzają ogromne łaty śniegu, pod którymi niekiedy czają się strumienie.

Po zaliczeniu kilku chlupnięć do wody, decydujemy się zupełnie omijać śnieg, ale nie jest to najlepsze rozwiązanie. Tam, gdzie zdążył już stopnieć, albo są krzaki, albo błoto. Spacer w takich warunkach nie jest zbyt komfortowy, ale towarzystwa dotrzymuje nam dorodny ptak o smutnym głosie. Cały czas podąża naszym tropem, co jakiś czas piszcząc. Ponieważ nie ucieka, robię mu około setki zdjęć.

Jest przepięknie, ale wciąż jest pełno śniegu i nie dalibyśmy rady tamtędy wędrować przez wiele kilometrów, ani tym bardziej tam nocować. Dopiero na wschodzie jest mniej śniegu, a gdy docieramy w okolice Geilo, dookoła jest już zupełnie zielono.
Do Rjukan
Zatrzymujemy się w Geilo i robimy zakupy. Tradycyjnie do koszyka trafia salami, ale przy kolejnej lodówce okazuje się, że wędzony łosoś i pstrąg są tańsze niż salami, więc salami wraca do lodówki a my bierzmy ryby. Opakowanie pstrąga z resztką rozsypującego się norweskiego chleba pochłaniamy jeszcze na parkingu. Z ulgą możemy zastąpić to beznadziejne pieczywo chlebkiem Vasa, który chociaż smakiem nie porywa, to jednak nie rozpada się w trakcie podnoszenia do ust.

W Geilo zjeżdżamy na boczną drogę, by dojechać do Rjukan. Jest kręto i stromo, ale ruch o wiele mniejszy. Tereny wokół drogi wydają się być idealne na trekking. Nie ma nawet śladu śniegu, a krajobraz jest podobny do tego, co widzieliśmy w Telemarku. Wzdłuż drogi są nawet parkingi-zatoczki, ale na niektórych niestety postój jest dozwolony wyłącznie od 8 do 20, więc musiałyby to być wycieczki jednodniowe.
Norweska służba zdrowia
W Rjukan jedziemy do szpitala i problem pojawia się już na wstępie. Wszystkie drzwi zamknięte i nie mamy pojęcia, którędy wejść, bo napisy tylko po norwesku. Przy jednych drzwiach jest guzik domofonu i po wciśnięciu zaczyna piszczeć wniebogłosy. Chociaż niemiłosierne piszczenie trwa ponad minutę, nikt nie odbiera. Dzwonię na numer telefonu podany na drzwiach i… dodzwaniam się do szpitala w Oddzie, jakieś 300 kilometrów na zachód. Pani, która odebrała tłumaczy, że pewnie automat źle mnie zlokalizował i że powinienem powtórnie zadzwonić. Za drugim razem dodzwaniam się do szpitala, pod którym stoimy i jestem poproszony, żeby zadzwonić domofonem. Zbieramy się w sobie, by znieść znów to piszczenie i dzwonimy. Tym razem ktoś odbiera i otwiera drzwi.

Po wejściu na drugie piętro podchodzi do nas pielęgniarka, która jest kolejną osobą, której tłumaczę, co mi jest. Pani z przerażeniem stwierdza, że to może być Covid i że wszystkich możemy zarazić, więc zabiera mnie na test. Pielęgniarka przebiera się w „kosmiczny” strój i pobiera mi wymaz. W międzyczasie robi jeszcze test CRP na podstawie krwi z palca. Wynik jest w parę minut a chwilę później pani stwierdza negatywny wynik na Covidka. W międzyczasie dowiaduję się, że niedawno ta placówka przestała być szpitalem, a zaczęła być domem opieki dla osób starszych, więc jeśli bym przyniósł im wirusa, to byłaby masakra.
Pomimo zmiany funkcji, lekarz i tak mnie przyjmie, chociaż dopiero za dwie godziny, bo akurat jest na przerwie. Nie ma co tyle czekać, więc wolimy jechać na camping. Przed wyjściem jeszcze robią mi skan dowodu i karty EKUZ. Na campingu rozkładamy namiot i bierzemy prysznic. Chociaż jest on dodatkowo płatny, to woda jest zimna! Po dwóch godzinach wracamy i wychodzi do mnie młody lekarz. Od razu chce robić test CRP, ale tłumaczę, że już miałem i podaję wynik (w górnej granicy normy). Ogląda moje gardło, mierzy temperaturę i wychodzi na to, że to jednak nie angina bakteryjna, tylko wirusowe zapalenie, które samo minie. Bardzo dokładnie tłumaczy, na czym polega różnica przy rozpoznaniu i leczeniu, a na koniec rozmawiamy jeszcze o naszych planach górskich.

Na koniec zostaje jeszcze płatność. Równowartość 150 zł za: test CRP, test na Covid i poradę lekarską w niedzielę. Taniej, porządniej i szybciej niż w Polsce 😉
Nasza trasa:
Leave A Reply