Chociaż Alpy austriackie cieszą się ogromną popularnością, wciąż są tam miejsca rzadko odwiedzane, w których można wędrować i wspinać się w samotności. Jednym z takich obszarów jest pasmo Haller Mauern. Leżąc pomiędzy dwoma parkami narodowymi: Gesäuse i Kalkalpen, jest chyba wręcz skazany na małą popularność. Brakuje w nim wyciągów, a przewyższenia do pokonania są bardzo znaczne. Wszystko to rekompensują przepiękne widoki, dzikie zwierzęta i puste schronisko z regionalnym jedzeniem! Ta okolica spodobała nam się tak bardzo, że po trzech latach ponownie wybraliśmy się w te góry 🙂 Dziś opowiemy Wam o via ferracie Hexensteig prowadzącej na szczyt Hexenturm, co po niemiecku oznacza wieżę czarownic.

Admonter Haus
To, co uwielbiamy w austriackich Alpach, to olbrzymie bezpłatne parkingi. Na jednym z nich zaczynamy dzisiejszą wycieczkę. Pogoda nie nastraja przyjaźnie, bo gęste chmury zbierają się wokół nas a prognoza pogody zapowiada deszcz. Wygląda na to, że dziś na szczyt nie wejdziemy, ale i tak planujemy nocować w schronisku Admonter Haus, które jest po drodze. Dzieli nas od niego niemal kilometr w pionie, więc zdecydowanie nie będziemy się nudzić.

Szlak 636 (Austriacy z reguły używają tylko jednego koloru do oznaczania szlaków, więc trzeba je numerować) prowadzi nas głównie żwirowymi drogami leśnymi. Pomimo ciągłego podejścia wędrujemy sprawnie i docieramy do niewielkiego domku z kozami. Okazuje się, że to niezwykle nowoczesne miejsce produkcji koziego sera. Są automatyczne dojarki, lodówki, itp. Nie to co nasze polskie skromne bacówki. Wybór kozich serów jest spory: camembert, twardy otoczony ziołami oraz miękkie kulki (coś jak mozarella) w zalewie. Co więcej, przed kupnem można za darmo spróbować! Jako fani produktów mlecznych nie możemy się oprzeć i wychodzimy z camembertem i silnym postanowieniem powrotu 🙂

Nieco powyżej kóz, położone jest pierwsze schronisko, ale jest zupełnie zamknięte (stan na 2019 rok), więc idziemy dalej. Żwirowa droga się kończy i zastępuje ją dość szeroka ścieżka. Zaczęło padać i zrobiło się ponuro, ale kolorowe kwiaty rosnące wzdłuż szlaku próbują nas pocieszyć. Spotykamy między innymi piękne storczyki a wyżej napotykamy rododendrony, których kwiaty idealnie pasują do Ani ostrzegawczo-różowej kurtki 😉

Czas oczekiwania
W schronisku Admonter Haus okazuje się, że będziemy nocować zupełnie sami. No tak, pogoda nie zachwyca, ale według prognozy, jutro około południa ma być bezchmurne okienko. Rozkładamy się w pokoju i schodzimy na obiad. Dania do wyboru są dwa: zupa soczewicowa z knedlem, albo danie Grenadiermarsch – przemarsz grenadierów. Decydujemy się na obydwa, żeby spróbować różnych smaków. Danie od grenadierów faktycznie wygląda, jakby granat wybuchł w spiżarni i cały ten bałagan wrzucili do garnka. Jest makaron, ziemniaki i kiełbasa wymieszane razem i przyjemnie doprawione. Proste, pożywne i smaczne 😉

Pogoda następnego dnia rano nie zachwyca, jest mgliście i cały czas kropi. W spokoju jemy śniadanie a gospodarz nam wszystko tłumaczy: chleb pieką sami w schronisku, ser od jakiegoś gospodarza z okolicy, miód od kogoś innego, dżemy i powidła chyba też schroniskowe i tak dalej. Same pyszności! Nie spieszymy się z jedzeniem, a następnie z nudów zaczynamy grać w mikado (coś w stylu bierek). Pogoda polepszyła się o tyle, że przestało padać, więc próbujemy naszych sił i wychodzimy na szlak.

Na szczyt Hexenturm
Początkowo wędrujemy pośród kosodrzewiny w dość łatwym terenie. Ścieżka jest bardzo wąska, na szerokość jednej osoby. Gdzieniegdzie trawersuje strome zbocza i dla bezpieczeństwa dodano tam stalowe liny. Mając niewielkie doświadczenie w chodzeniu po Alpach, zakładamy uprzęże i wpinamy się do liny, ale to działanie zdecydowanie na wyrost.



Po drodze spotykamy czarną salamandrę! Jej wyjście na spacer idealnie wpasowuje się w aktualną aurę – te płazy uwielbiają deszczowe i pochmurne dni. Bez trudności, wkrótce stajemy na pierwszym szczycie: Mittagskogel. Kawałek dalej, idąc wzdłuż grzbietu, wchodzimy na drugi szczyt: Natterriegel.
A jeśli chcesz poczytać o salamandrach, to mamy osobny artykuł >KLIK<


Oba wierzchołki są łagodne i nie byłyby atrakcją samą w sobie, gdyby nie to, że właśnie otworzyło się okienko pogodowe. Chmury rozwiały się i wyszło słońce, co pozwoliło na zobaczenie w jak pięknym miejscu się znajdujemy.

Po zejściu z Natterriegel, zaczyna się via ferrata Hexensteig. Początkowo planowaliśmy wejść na szczyt właśnie nią, ale warunki na szlaku zweryfikowały ten plan. Mocowanie liny było urwane i kilkanaście metrów końcówki ferraty było zupełnie nieubezpieczone. Wobec tego wybieramy drugi wariant, przez kocioł polodowcowy Roßkar. Dzięki temu, trafiamy na stadko kozic oraz resztki śniegu zalegające w zagłębieniach terenu.

Sam szlak jest bardzo łatwy i ciekawiej robi się dopiero po dojściu na skrzyżowanie z ferratą. To już sama końcówka żelaznej perci i po chwili stajemy na szczycie Hexenturm i robimy pamiątkowe zdjęcia.



Via ferrata Hexensteig
Schodząc ze szczytu, decydujemy się pozostać na grani i przejść szlakiem Hexensteig. W końcu po to tu przyjechaliśmy. Owszem, cały czas mamy w głowie końcowy nieubezpieczony fragment, ale nie wyglądał on na trudny, a do tego liczymy na to, że może pojawi się jakieś obejście. Pokonywanie żelaznych perci w dół nie jest tak ekscytujące jak wspinanie się nimi na szczyt, ale w czasie tego wyjazdu to już nie pierwszy raz, gdy tak robimy. Dodaje to nieco trudności, bo gorzej widać stopnie i uchwyty. W jednym miejscu mamy do pokonania krótkie przewieszenie, gdzie prawie w ogóle nie widać, co jest poniżej nas, ale to najtrudniejsze miejsce i tak jest wyceniane na zaledwie B/C.

Cieszymy się przygodą, bo wspinaczka nie nastręcza trudności, a do tego jesteśmy zupełnie sami i nie musimy się spieszyć. Najbardziej nam się podoba, gdy droga prowadzi po południowej stronie grani, bo tam są najlepsze widoki: wprost na potężne wapienne ściany gór masywu Gesäuse. Z tej strony przypomina on trochę Giewont, ale w tym przypadku to nie jeden grzbiet, ale kilka szczytów zachodzących na siebie układa się jakby w leżącą postać.


Po dojściu do miejsca, które początkowo zniechęciło nas do wybrania Hexensteig, okazuje się, że żadnego obejścia nie ma. Niegdyś ubezpieczona ścieżka jest zdecydowanie najbezpieczniejszym wariantem. Z perspektywy czasu, zwłaszcza po Dolomitach, możemy powiedzieć, że stalowa lina w tamtym miejscu w ogóle nie była potrzebna. Ot, po prostu bardziej strome piarżysko. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, więc przemieszczaliśmy się powoli, dokładnie stawiając kolejne kroki. Następnie schodzimy tą samą drogą do schroniska i docieramy na tyle późno, że pozostaje nam tylko zostać na kolejny nocleg. To był naprawdę udany dzień, a Hexenturm dostarczył nam dużo wrażeń!


Podstawowe informacje:
Długość: 10,6 km (przy założeniu noclegu w schronisku, żeby kolejnego dnia zrobić inną ferratę)
Przewyższenie: 1520 m
Czas przejścia: 5 h; według przewodnika autorstwa Csaby Szepfalusiego 6 h; nasz czas przejścia Admonter Haus – Hexenturm – Admonter Haus: 8h!
Trudność: trudna, via ferrata B/C
Dojazd: samochodem, chociaż obok parkingu jest też przystanek autobusowy
Mapa:
Leave A Reply