Po pierwszym dniu aklimatyzacji w Alpach, postanowiliśmy zawiesić poprzeczkę nieco wyżej by przygotować się na trudniejsze szlaki. Postanowiliśmy wybrać się na pobliską przełęcz Col de Chaviere wysoką na 2796 metrów. Jak się później okazało, mieliśmy dzięki temu okazję po raz pierwszy w życiu zobaczyć szczyt Mont Blanc. Wcześniej nie mieliśmy o tym pojęcia, ale właśnie z tego miejsca widok na Białą Górę jest wprost idealny i tę wycieczkę gorąco polecamy.

Ptasie niespodzianki
Wędrówkę rozpoczęliśmy w pobliżu Refuge de l’Orgère. Przy tym górskim schronisku jest naprawdę duży parking, a przed nim jest jeszcze kilka mniejszych zatoczek dla samochodów. W sezonie ponoć miejsca szybko znikają już rano, ale będąc tam we wrześniu nie mieliśmy najmniejszego problemu z zaparkowaniem. Jednak zamiast iść oznaczonym na mapie szlakiem trawersującym zbocza góry Tête Noire, poszliśmy prosto na północ dnem doliny a następnie rozpoczęliśmy powolne i strome podejście wzdłuż potoku dobrze widoczną ścieżką. Nie jest ona jednak oznaczona żadnymi znakami, podobnie jak wiele innych szlaków w Vanoise. Zaczyna do nas docierać, że oznaczenia w terenie i mapy nie zawsze do siebie pasują, zaś tabliczki parku narodowego zabraniają tylko schodzenia z już wydeptanych ścieżek.


Pierwsze kilkaset metrów w pionie to prawdziwa męczarnia. Nachylenie jest duże, słońce grzeje pomimo wczesnej pory a nasza kondycja nie jest najlepsza. Cały ten trud wynagradza nam piękna alpejska przyroda. Przy niewielkim wodospadzie buszują dwa ptaki. Wrodzona ciekawość sprawia, że wpatruję się w nie, choć słońce odbija się od mokrych skał prosto w oczy. Pomimo rażącego światła, nietypowe ubarwienie jest dobrze widoczne, jakby przednie pół ptaka było jasne a tylne ciemne. Dociera do mnie, że moje ornitologiczne marzenie (jedno z kilku 😉 ) właśnie się spełniło: to pomurniki!


Idąc dalej szlakiem, powoli się do nich zbliżamy i nagle jeden podrywa się do lotu, zaczepia drugiego i zaczynają się gonić kilka metrów przed nami, prezentując przepiękne czerwone pióra! Jesteśmy wniebowzięci. Czy to koniec niespodzianek na dziś? Nie, kilkaset metrów dalej, tuż nad nami przelatuje ogromny drapieżny ptak. Jego rozpoznanie zajęło nam już więcej czasu, ale dzięki tablicy informacyjnej w schronisku dowiadujemy się, że to był orłosęp.



Lac de la Partie
Gdy ochłonęliśmy po ptasich przygodach, okazało się że nachylenie szlaku zmniejszyło się, gdyż już dotarliśmy do zawieszonej doliny. Jej główną atrakcją jest przepiękne jezioro o nazwie Lac de la Partie o zielono-niebieskiej wodzie. Po drodze mijamy resztki pocisków artyleryjskich różnych kalibrów, prawdopodobnie będące pamiątką po kilkudniowym epizodzie II wojnie światowej, w czerwcu 1940 r., kiedy Włochy nieudolnie próbowały przebić się przez alpejskie umocnienia Francji.


Przy jeziorze robimy postój na kanapki, chowając się za skałą, bo wieje okropnie. Widok mamy wprost przepiękny, a górską monotonię przerywają liczne, latające wokół nas niewielkie ptaki. Chociaż starają się trzymać dystans, zapamiętujemy ich ubarwienie, zwłaszcza białą plamkę nad ogonem, co pozwala na zidentyfikowanie ich jako białorzytki zwyczajne. Jak się nad tym zastanowić, to całkiem śmieszna i doskonale pasująca nazwa, pochodząca od białej rzyci (czyli tyłka 😉 ).


Col de Chaviere
Po odpoczynku, czas ruszać na Col de Chaviere. Póki wędrujemy doliną, szlak jest szeroki i łagodny, ale wkrótce znów robi się stromo i rozpoczynamy końcowe podejście na przełęcz. Powoli pniemy się zakosami ku górze a po prawej coraz lepiej widoczny jest przepiękny cyrk polodowcowy. Zielona trawa miesza się z szarymi skałami i białym śniegiem w urzekającej kompozycji. Tuż poniżej przełęczy przechodzimy przez duży ale płytki pas śniegu. To znaczy wystarczająco płytki, żeby przejść bezpiecznie i wystarczająco głęboki, żeby przemoczyły się niskie buty 😉

Zmęczeni ale szczęśliwi docieramy na Col de Chaviere: widok jest naprawdę niesamowity. Dolina po drugiej stronie przełęczy jest jeszcze piękniejsza niż ta, którą szliśmy. Wprawdzie nie widać żadnego z pobliskich lodowców (w promieniu 1,5 km są aż trzy!), ale na wprost nas w oddali widoczna jest biała góra o charakterystycznej sylwetce. Szybkie sprawdzenie w aplikacji PeakFinder i telefon potwierdza nam, że to Mont Blanc!


Po uzupełnieniu kalorii i pamiątkowej sesji fotograficznej, rozpoczynamy zejście z powrotem. Trochę nam przykro, że nie możemy przejść na drugą stronę przełęczy i zanocować w pobliskim schronisku, ale gdybyśmy mieli wędrować od noclegu do noclegu, to z ciężkimi plecakami umęczylibyśmy się jeszcze bardziej. Po dojściu w okolice jeziora, nie schodzimy na ścieżkę, którą przyszliśmy, ale kontynuujemy wędrówkę szlakiem GR 55 drugim ramieniem doliny. Dzięki temu przechodzimy w pobliżu trzech dużych wodospadów położonych tuż obok siebie. Wyglądają olśniewająco!


Końcówka trasy prowadzi przez las, więc w końcu wchodzimy do cienia i kontynuujemy aż na nasz parking. Licząc na porządny obiad idziemy do schroniska, ale dowiadujemy się, że o tej porze dostać możemy co najwyżej talerz serów i wędlin. Niestety francuskie schroniska funkcjonują według „miejskich” zasad i kuchnia działa wyłącznie w porze lanczowej i wieczorowo-nocnej. Niemniej jednak, ilość sera i mięsa, które dostajemy jest solidna i nawet się tym najadamy 😉


Podstawowe informacje:
Długość: 14,5 km
Przewyższenie: 980 m
Czas przejścia: 5 h (nasz czas z postojami i „obiadem” 8 h 20 min)
Trudność: średnia
Dojazd: samochodem na parkingi w okolicy tamy górnego jeziora (droga asfaltowa od Saint-André, ale Google próbuje prowadzić szutrowymi drogami leśnymi od strony Villarodin-Bourget, więc nie można mu ufać! Wyjątkowo w tym przypadku Mapy.cz lepiej poradziły sobie z nawigacją samochodową)
Mapa:
Leave A Reply