W Alpy austriackie wyjechaliśmy z planem by jak najwięcej wspinać się po ferratach. Zaczęliśmy od dróg łatwiejszych, by później próbować bardziej wymagających, czy to technicznie, czy kondycyjnie. Jednocześnie przemieszczaliśmy się od pasma do pasma, wędrując po coraz wyższych górach. Zmienialiśmy również noclegi, będąc wierni jedynie zasadzie, że śpimy na kempingach, w pożyczonym namiocie. W końcu nocleg bez trwałego dachu nad głową, to dodatkowy element przygody! Naszą alpejską wspinaczkę zaczęliśmy od krótkiej, łatwej, lecz niezwykle widokowej Czarciej Łaźni. Niemiecka nazwa brzmi Teufelsbadstubensteig i pod tą nazwą jest łatwiej znaleźć informacje o tej ferracie. Natomiast polskie tłumaczenie może dodać nieco smaczku. O ile diabła żadnego nie widzieliśmy, to na odsłoniętej skalnej ścianie w pełnym słońcu faktycznie może być gorąco jak w łaźni 😉

Trudności nawigacyjne
Noc po przyjeździe do Austrii spędziliśmy na małym, tanim i nienajlepszym campingu w Hirschwang an der Rax. Miejscowość ta leży u wylotu niezwykle malowniczej Höllental, Piekielnej Doliny. Jej dnem płynie rzeka, wzdłuż której poprowadzono drogę. Nad nimi wznoszą się zaś niebotyczne wapienne ściany. Jadąc dnem doliny dotarliśmy na mały parking znajdujący się tuż pod wejściem na szlak.

Naszym celem było wejście w odnogę Piekielnej Doliny, by z niej dostać się na na ferratę Teufelsbadstubensteig a następnie zejść łatwym, lecz ubezpieczonym szlakiem ukrytym wśród zieleni drzew i krzewów. Dla formalności możemy jeszcze dodać, że droga zejściowa nosi nazwę: Wachthüttlkammsteig Niestety mapy alpejskie cieniowane są inaczej niż polskie, a Mapy.cz nie miały jeszcze dobrze oznaczonych tych terenów, więc nie mogliśmy ustalić, którym szlakiem należy iść. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na złą drogę, czyli na tę, którą powinniśmy wrócić. To o tyle niefortunne, że trudniejsze drogi lepiej sobie zostawić na wejście, bo wspinaczka w dół nie jest przyjemna. Przy zejściu nie widać dobrze, gdzie można postawić nogi.

Sam szlak był jednak przyjemny i wiódł najpierw przez gęsty las, a następnie pośród mniejszych drzew i krzewów porastających strome zbocza. Roślinność zapewniała nam cień, lecz jednocześnie ograniczała widoki. Dopiero pod sam koniec mogliśmy stanąć nad przepaścią i podziwiać głęboką dolinę Großes Höllental. Tu właśnie podziwialiśmy kontrastujące morze zieleni ze strzelistymi wapiennymi skałami. Jakże inny jest to krajobraz od pustynnych Dolomitów, czy od Tatr i Karkonoszy, w których piętro lasów jest oddzielone od skalnych ścian. Tu, w Raxie, las rośnie zarówno poniżej, jak i powyżej skał. Przez to te góry przypominają „nasze” piękne Pieniny.

Teufelsbadstubensteig
Po dojściu w pobliże szczytu Hocheck skręciliśmy na naszą pierwszą alpejską ferratę – Teufelsbadstubensteig, wycenianą na poziom B, w skali A-F, gdzie A to droga łatwa. Czekały nas zatem umiarkowane trudności, czyli mniejsze niż na ferratach w czeskim Děčínie. Oczywiście wspinaczka niemal w centrum miasta to zupełnie inne wrażenia, niż pokonywanie kilkusetmetrowej ściany w Alpach.

Sprzęt do autoasekuracji i kaski mieliśmy założone już na podejściu wcześniejszym szlakiem, więc po uzupełnieniu kalorii byliśmy gotowi do wejścia na Teufelsbadstubensteig. Droga faktycznie okazała się być dość łatwa i nie mieliśmy żadnych problemów. Oprócz stalowej liny, zejście ułatwiały nam stalowe klamry i drabinki. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza jedna drabinka. Jest długa i widoczna z daleka, przez co wydaje się być o wiele bardziej straszna, niż te na Orlej Perci. W rzeczywistości jest o wiele przyjemniejsza. Klamry zamontowane wzdłuż drabinki pozwalają na wpięcie lonży, zaś sama konstrukcja jest bardzo stabilna. O wiele bardziej znana tatrzańska drabinka z Koziej Przełęczy dość wyraźnie się rusza podczas zejścia. Na Teufelsbadstubensteig takiej wątpliwej atrakcji nie ma.

Po najbardziej ekscytującym fragmencie wspinaczkowym, kontynuowaliśmy zejście do doliny wąską, lecz ubezpieczoną ścieżką wzdłuż skalnej ściany. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że tego typu ścieżki w Dolomitach nie zawsze są zabezpieczone liną 😉 Po zejściu z Teufelsbadstubensteig mogliśmy zdjąć sprzęt i w końcu wykorzystać kijki trekkingowe by spokojnie wracać do samochodu. Jeszcze na samym końcu czekają na wędrowców dość długie drabino-schody, ale bardzo łatwe, choć obciążające kolana. Po zejściu do auta, przejechaliśmy kawałek w kierunku noclegu, by zajrzeć do schroniska Weichtalhaus na austriacki obiad.


Podstawowe informacje:
Długość: 5,4 km
Przewyższenie: 925 m (Mapy.cz) albo 670 m (przewodnik „Ferraty Alp Austriackich” Szepfalusiego)
Czas przejścia: 3 h 45 min. (według tegoż przewodnika)
Trudność: ferrata Teufelsbadstubensteig: B, umiarkowanie trudna (w skali A-F); ferrata Wachthüttlkammsteig: A/B
Dojazd: samochodem
Mapa:
Leave A Reply