O wyjeździe w czeskie Karkonosze myśleliśmy od dawna, ale nigdy nie mogliśmy się za to zabrać. Nie bardzo mieliśmy pomysł dokąd pojechać, żeby zwiedzić najciekawsze miejsca. Ostatecznie, zdecydowaliśmy się więc, żeby nie wybierać konkretnego miejsca, tylko przejść przez… całe pasmo! Idealnym terminem okazał się listopadowy długi weekend, bo na takie przedsięwzięcie potrzebowaliśmy przynajmniej trzech dni. Jeszcze fajniej byłoby mieć cztery dni, bo wtedy można zajrzeć w więcej miejsc i rozsądniej można podzielić marszrutę. Ale jak się nie ma, co się lubi, to trzeba szybko chodzić 😉

Jak nie planować noclegów
O ile dojazd w zachodnie Karkonosze jest niezwykle łatwy (pociąg jadący aż do Liberca z przesiadką w Szklarskiej), to wschodni kraniec gór jest bardziej problematyczny. Myśleliśmy o Žacléřu, ale kolej dojeżdża tam tylko raz w ciągu dnia i to na wieczór. Jedyną alternatywą była Lubawka, położona wprawdzie kilka kilometrów od gór, ale z dobrym połączeniem kolejowym.

Po ustaleniu dojazdu i powrotu, zaczęliśmy szukać noclegów. Naturalnym wyborem wydawały się być: Janské Lázně i Špindlerův Mlýn, znane kurorty narciarskie, oferujące dobrą bazę noclegową. Do tego są położone w punktach dzielących trasę na trzy, mniej więcej równe części. Nie wiedzieliśmy tylko o tym, jak bardzo jest tam drogo. Dla ratowania budżetu, Ania zaczęła szukać czegoś w okolicach i znalazła pensjonaty w sąsiednich miejscowościach. Oba z rozsądną ceną i nieodwołalną rezerwacją.

Jak już je zamówiliśmy i wyznaczyliśmy trasę między nimi, to wyszedł jeden mankament. Owszem, były blisko najlepszych punktów, ale po ich przeciwnych stronach. Zamiast trzech równych odcinków, skończyliśmy z dwoma łatwymi 25-kilometrowymi i jednym, środkowym o długości 35 kilometrów i 1800 metrów przewyższenia. Biorąc pod uwagę różnicę wysokości (i plecak z zapasami na trzy dni), to trudniejsze niż maraton. Teraz już wiemy, że po znalezieniu fajnych noclegów, ale jeszcze przed ich zamówieniem, trzeba dla pewności znów przeliczyć trasę 😀

Brama Lubawska i Rychory
Po dojeździe do Lubawki, naszym pierwszym celem jest pokonanie Bramy Lubawskiej – szerokiej kotliny oddzielającej Karkonosze i Góry Kamienne. Droga prowadzi zielonym szlakiem granicznym, o którym również myśleliśmy w kontekście kilkudniowych wędrówek (prowadzi z Przełęczy Okraj aż do podnóża Gór Stołowych). Jak wynikało z naszego doświadczenia, powinien być rzadko uczęszczany i dziki. Nie pomyliliśmy się! Niektóre fragmenty były tak zarośnięte, że ścieżka była zupełnie niewidoczna. Zamiast ludzi spotkaliśmy natomiast sześć jeleni-byków z pięknym porożem i ponad dziesięć saren obojga płci.


Przez pierwsze kilometry wędrowaliśmy w łatwym terenie i prawdziwe górskie podejście zaczęło się dopiero w Rychorach. Ten południowo-wschodni fragment Karkonoszy jest niemal nieznany przez polskich turystów, a szkoda, bo oferuje piękne lasy oraz widoki zarówno na główny grzbiet Karkonoszy, jak i na Góry Kamienne i Stołowe. Jest w nim nawet schronisko, które w czasie naszej wizyty (dla Czechów dzień roboczy) otworzyło tylko samoobsługowy bufet. W weekendy ponoć działa normalnie.

W Rychorach nie spędzamy wiele czasu, bo po kilku kilometrach schodzimy w kierunku miejscowości Svoboda nad Úpou, w której mamy pierwszy nocleg. Po drodze mijamy łąki, które latem mają obfitować w storczyki, oraz Jaskinię Niedźwiedzią (Medvědí jeskyně), która niestety zamknięta jest na klucz. Z resztą o tej porze i tak pewnie śpią tam już nietoperze i nie ma co im zawracać głowy. Po dojściu do cywilizacji, idziemy od razu na obiad a następnie na nocleg. Zasypiamy szybko, bo dzisiejsza pobudka była przed czwartą rano, a jutro też czeka nas długi dzień marszu przez czeskie Karkonosze.

Naprawianie błędów logistycznych
Trasa do następnego noclegu jest długa i stroma, więc nie ma szans, żebyśmy zdążyli ją pokonać w ciągu dnia, a wolelibyśmy uniknąć nocnego marszu przez park narodowy. Na szczęście, na naszej drodze istnieje kolej linowa i dzień wcześniej sprawdziliśmy, że jeździ w weekendy co godzinę. Postanowiliśmy więc, by skorzystać z tej opcji dostania się na Černą horę. Bilety kupujemy w automacie i jesteśmy na pierwszym miejscu w kolejce. Na pierwszą poranną jazdę przyszło zaledwie kilka osób, podczas gdy po drugiej stronie Karkonoszy, w kolejce do kolei na Śnieżkę stało kilkaset osób.


Najważniejsze jest jednak to, co jest nam dane widzieć z okna gondoli! Znów jest inwersja i Czechy znalazły się pod chmurami, nie licząc najwyższych górskich szczytów. Takich widoków na pewno nie mielibyśmy z leśnego szlaku, a wieża widokowa tego dnia jest zamknięta. Teraz już jesteśmy pewni, że skorzystanie z kolei linowej było słuszne! Wychodząc z gondoli czujemy ogromną zmianę w powietrzu. Na dole było tak zimno, że musieliśmy mocno się opatulić wszystkim, co mieliśmy. Tutaj zaś jest wprost gorąco i zakładamy na siebie tylko cienkie bluzy.


Idealnie na wprost naszej ścieżki widoczna jest Śnieżka, w całej okazałości. Z tej strony (z południa) jeszcze jej wcześniej nie widzieliśmy. Liczymy na lepsze widoki z wieży przy torfowisku Černohorská rašelina, ale okazuje się, że ma ona tylko kilka metrów i pozwala na obserwację jedynie samego bagna. Wygląda na to, że lepsze widoki na czeskie Karkonosze będą dopiero dalej.


Czeskie Karkonosze w pełnej krasie
Nie musimy daleko iść, bo już w osadzie Lučiny możemy obserwować przepiękne morze chmur. Szczególnie spodobał nam się ogromny leżak z reklamą Kofoli, na którym można się wygodnie ułożyć i patrzeć na góry wyłaniające się spośród chmur. Kolejne miejsce widokowe jest już „za rogiem”, na szczycie Liščí hora. Stąd jest widok na główny grzbiet Karkonoszy, a przede wszystkim na Śnieżkę. Jej południowe zbocza są o wiele bardziej strome niż te polskie a przez to szczyt robi większe wrażenie. Dobrze widać też Dom Śląski, który jest mniej więcej na tej samej wysokości, co my.

Po zejściu ze szczytu, zaczynamy czuć się nieco głodni. Wprawdzie jest jeszcze dość wcześnie na obiad, bo dochodzi zaledwie 12, ale skoro już jesteśmy przy knajpce Chalupa na Rozcestí, to korzystamy 🙂 Zamawiamy knedliki z boczkiem oraz knedlika jagodowego a do tego lokalne, pół-ciemne piwo. No tak, piękne góry są, knedliki są, piwo jest: oto czeskie Karkonosze w pełnej krasie!

Po posileniu się, mamy siły na dalszą wędrówkę, a następnym celem jest kolejny znany kurort: Špindlerův Mlýn. Na wprost, powyżej naszej ścieżki wznosi się wysoki i stromy górski grzbiet. Przypomina mi się, że gdzieś po czeskiej stronie znajduje się jedyna grań w Karkonoszach i sprawdzam w telefonie, czy to prawda. Faktycznie, górują nad nami Kozí hřbety. Niestety ich wyjątkowość widoczna jest tylko z konkretnego punktu widokowego przy czerwonym szlaku – wtedy faktycznie wyglądają jakby wyjęte z Alp czy Tatr. Będziemy musieli tu kiedyś wrócić, a to nie nastąpi prędko.

Na drugi nocleg
Gdy dochodzimy do miasta, słońce jest już na tyle nisko, że centrum tonie w cieniu i temperatura spada nagle i mocno. W sklepie uzupełniamy zapas chleba i sera a do tego kupujemy czeskie chipsy, które smakują nam o wiele bardziej niż te z wielkich koncernów. Znów ubieramy się cieplej i kontynuujemy nudny marsz przez miasto. Po chwili schodzimy do lasu, a szlak biegnący w górę powoli nas rozgrzewa.

Pomiędzy drzewami jest już dość ciemno, ale niebo jest zupełnie bezchmurne, więc jesteśmy w stanie kontynuować marsz bez włączania latarek jeszcze przez kilkadziesiąt minut. Wprawdzie nie udało nam się dojść do pensjonatu przed zmrokiem, ale jesteśmy już blisko. Nocna wędrówka ma w sobie niezwykły urok. Zamiast rozległych horyzontów, człowiek skupia się na kilkunastu najbliższych metrach oświetlonych czołówką. Gdy spojrzeć w niebo, gwiazdy są tak liczne i wyraźne, że można tylko żałować, że postęp cywilizacyjny pozbawił nas takiego widoku na co dzień. Gdyby poczekać jeszcze kilka godzin, aż zapadną zupełne ciemności, zapewne widoczna stałaby się nawet droga mleczna. Ostatnie kilkaset metrów drogi do pensjonatu pokonujemy oświetloną asfaltową drogą, więc możemy wyłączyć latarki, ale przez to tracimy z oczu gwiazdy.

Wodospady
Trzeci dzień, to dzień wodospadów – czeskie Karkonosze w nie obfitują. Pierwszy z nich, Kozelský, leży w tej samej dolince, w której nasz pensjonat. Szlak prowadzi nasz wzdłuż strumienia, wdzierającego się głęboko między zbocza porośnięte bukowym lasem. Niewielkie kaskady są co kilkanaście metrów a ich biała woda kontrastuje z dywanem z rdzawych liści. Sam wodospad, choć niewielki, dopełnia uroku tego miejsca i na chwilę pozwala zapomnieć, jak długie podejście jest przed nami. Przy schroniskach w miejscowości Dvoračky natrafiamy na solidną huśtawkę z przepięknym widokiem na góry. Oczywiście musimy się pobujać!


Nieco powyżej wchodzimy już w piętro kosodrzewiny i dostrzegamy pierwsze schrony bojowe sprzed II Wojny Światowej. Powstawały wzdłuż całej granicy Niemiecko-Czechosłowackiej, nawet w tak wysokich górach jak czeskie Karkonosze



Następnie przechodzimy w pobliżu polodowcowych kotłów, ale szlak prowadzi dość daleko od ich krawędzi. Szkoda, bo liczyliśmy na podobne widoki jak spod Śnieżnych Kotłów. Swoją drogą, stację przekaźnikową widać stąd doskonale! Na obiad zatrzymujemy się w schronisku Vrbatova bouda, ale nie mają tak dobrego jedzenia jak we wczorajszym a do tego piwo jest wyłącznie butelkowane.



No nic, humor musi nam poprawić Pančavský wodospad. Chociaż płynie przez niego niewiele wody, to wrażenie robi o wiele większe niż Szklarka czy Kamieńczyk. Nic dziwnego, w końcu to najwyższy wodospad w całych Karkonoszach! Nieco dalej, znajduje się kolejna kaskada, tym razem na Łabie. Ta wielka rzeka ma swoje źródła tuż obok, więc w tym miejscu jest jeszcze wąskim strumyczkiem i wodospad nie jest zbyt imponujący.

Powrót do domu
Czwarty i ostatni wodospad tego dnia (Mumlavský) podziwiamy na obrzeżach Harrachova. Witamy go z wielką radością, bo zejście z Karkonoszy do tej miejscowości jest długie, strome i monotonne. Ponieważ zdecydowaliśmy się na powrót wcześniejszym pociągiem, musimy iść bardzo szybko. Wprawdzie jesteśmy w stanie utrzymywać tempo powyżej 6 km/h, ale nie ma w tym wielkiej przyjemności. Plus jest jednak taki, że nie zamarzamy, mimo że dolina jest mocno zacieniona i ziąb w niej okrutny.

Stacja kolejowa jest niestety po drugiej stronie Harrachova, więc wędrujemy przez miasteczko i robimy szybkie zdjęcia skoczni narciarskiej. To już drugi mamut, który widzimy w tym roku, bo we wrześniu przejeżdżaliśmy przez Tauplitz i Bad Mittendorf, więc mieliśmy okazję zobaczyć również tamten obiekt. Na sam koniec czeka nas jeszcze jedno podejście w górę do stacji. Nie jest bardzo strome, ale idziemy już resztkami sił. Otuchy dodaje fakt, że to już są zbocza Gór Izerskich, więc udało nam się przejść przez całe czeskie Karkonosze a do tego zdążyć na powrotny pociąg!

Podstawowe informacje:
Długość: 81,4 km
Przewyższenie: 3000 m
Czas przejścia: 3-4 dni (nasze czasy z postojami: dzień 1: 7 h 40 min., dzień 2: 10 h 10 min., dzień 3: 7 h 15 min.)
Trudność: średnia
Dojazd: pociągiem do Lubawki, powrót pociągiem z Harrachova
Mapa:
Leave A Reply