Dziś chcielibyśmy polecić wycieczkę po malowniczych Dolomitach, u podnóża jednego z trzytysięczników. Pośród monumentalnych szczytów znajduje się jedno z najpiękniejszych górskich jezior. Mowa tu u Lago del Sorapis o wodzie w niesamowicie intrygującym niebiesko-zielonym kolorze. Szlak, który opisujemy, oprócz pięknych widoków, zapewnia nieco adrenaliny i trudności porównywalne z tym, co można zastać na Zawracie w Tatrach. Kilkusetmetrowy odcinek zabezpieczony jest stalowymi linami, więc warto rozważyć zabranie sprzętu do ferrat.

Przełęcz (Forcella) Marcuoira
Wędrówkę rozpoczynamy na Passo Tre Croci. Jest tam kilkadziesiąt miejsc parkingowych oraz przystanek autobusowy. Na samej przełęczy jest sporo otwartej przestrzeni, więc można podziwiać okoliczne szczyty: Monte Cristallo na północy i Ponta del Sorapiss na południu. Oba z nich to kolosy wznoszące się na ponad trzy tysiące metrów. Warto napatrzeć się na zapas, bo po chwili wchodzi się do lasu, z którego już nie widać gór, ale w którym można wypatrzyć schrony bojowe z czasów pierwszej wojny światowej. Droga przez las nie jest szczególnie fascynująca, ale drzewa zapewniają cień, tak potrzebny we włoskim klimacie. Przy szlaku znajdują się źródełka, z których skrzętnie zaczerpnęliśmy wody, słusznie zakładając, że wyżej już takiej możliwości nie będzie.

O wiele ciekawiej robi się powyżej dwóch tysięcy metrów – drzewa ustępują miejsca kosodrzewinie i piargom, dzięki czemu znów można podziwiać góry. Ścieżka robi się węższa, lecz jest ciągle doskonale widoczna. To zmienia się pod samą przełęczą Marcuoira, gdzie szlak niknie pośród skalnego rumoszu. Lawirując wśród większych głazów i szukając najbardziej stabilnych miejsc na piargu powoli wdrapaliśmy się na górę. Było umiarkowanie stromo, lecz kluczenie po zboczu odebrało sporo sił.

Po wejściu na przełęcz zrobiliśmy zasłużoną przerwę, by delektować się pięknymi widokami i zebrać siły na dalszą wędrówkę.

Na nocleg w Rifugio Tondi
Szlak zaraz za przełęczą jest bardzo ładny, wiedzie przy samej grani, a zieleń traw pięknie kontrastuje z bielą wapiennych skał. Niestety ten fragment jest krótki i po przejściu przez grań weszliśmy w bardziej surowy teren. Trawersując zbocza Gruppo del Sorapiss, wędruje się głównie po piargach. Scieżka jest wąska i wygląda niepewnie, lecz drobne wapienne kamyczki tworzą dobre spoiwo i szlak wcale się nie osypywał, czego się obawialiśmy. Nieco bardziej groźne mogą być poletka lodowe, które były tam jeszcze na szlaku w ostatnim tygodniu lipca. Nie ma w nich żadnych szczelin, ale trzeba uważać by się nie pośliznąć i nie zjechać kilkunastu/kilkudziesięciu metrów poniżej ścieżki. Paradoksalnie, niskie buty podejściowe, typowo letnie, dobrze się trzymały na zmrożonym śniegu i lodzie.


Właśnie w czasie tego długiego trawersu, zauważyliśmy, że pogoda zaczyna się psuć. Chociaż w prognozach nie było ani deszczu, ani burzy, ciemne, szybko napływające chmury nie napawały optymizmem. Pomimo zmęczenia ciężkimi plecakami, podejściem i upałem, staraliśmy się przyspieszyć kroku. Nie było to specjalnie łatwe na wąskiej ścieżce biegnącej po olbrzymim piarżysku, a do tego widoki aż prosiły się o zdjęcia.

Po dojściu na przełęcz Faloria mieliśmy do wyboru dwie drogi do schroniska. Oczywista była droga znajdująca się tuż poniżej grani – wydawała się być najszybsza. Ale już po chwili okazało się, że stan tego szlaku odbiega od naszych oczekiwań. Drewniane mostki nad przepaścią nie wyglądały zachęcająco. Widząc, że póki co na burzę się nie zanosiło, zdecydowaliśmy się na dłuższą, okrężną trasę. W niewielkim schronisku, oprócz nas, nocowała jeszcze tylko dwójka gości. To raczej obiekt nastawiony na obsługę narciarzy zimą, ale pokój, choć nieco klaustrofobiczny, był wygodny, a jedzenie przepyszne 🙂

Do serca Gruppo del Sorapiss
Nocując w tak przepięknie położonym schronisku, zdecydowaliśmy się wstać na wschód słońca. Schronisko jest położone po zachodniej stronie grzbietu, więc musieliśmy wejść nieco wyżej, pod stację wyciągu. Stamtąd mogliśmy zobaczyć fenomenalny spektakl, jak słońce powoli wyłaniało się zza górskich łańcuchów. Jednocześnie, po drugiej stronie, na zachodzie, mogliśmy patrzeć jak promienie słoneczne po kolei „zapalają” kolejne szczyty.


Po wschodzie, spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy z powrotem na Forcella Faloria. Stamtąd zaczęliśmy piąć się do górę w stronę szczytu Ponta Negra. Tradycyjnie, szlak wiódł szerokim piarżyskiem, które raz po raz przecinały progi skalne. Czasem można było je ominąć a w pozostałych przypadkach nieco się powspinać. W pewnym momencie szlak się urwał i w jego poszukiwaniu dotarliśmy nad przepaść, więc musieliśmy się nieco wrócić. Nie widząc nigdzie ścieżki, zdecydowaliśmy się ruszyć w kierunku wznoszących się nad nami ścian, w których gdzieś miała być „nasza” przełęcz ze szlakiem. Po paru minutach znów trafiliśmy na ścieżkę i już byliśmy pewni, że idziemy dobrze. Po dojściu pod ścianę, założyliśmy sprzęt do ferrat i zaczęliśmy łatwą wspinaczkę.

Wejście na przełęcz pod Ponte Negra okazało się nadzwyczaj szybkie i łatwe, chociaż to aż 2738 metrów nad poziomem morza. Było tam ciasno a widoki były ograniczone, więc zaczęliśmy schodzić. Z tej strony ściany było już nieco trudniej, z uwagi na dużą ilość luźnych kamieni. Bardziej eksponowane fragmenty są zabezpieczone stalową liną, a progi skalne są obite klamrami. Pomimo to, trudno nazwać ten fragment typową ferratą. To trochę tak, jakby na Orlej Perci zamiast łańcuchów były liny – łatwiej się asekurować, ale bez sprzętu też da się bezpiecznie tędy przejść. W pewnym momencie udało mi się zestresować Anię, wyzwalając małą kamienną lawinę. Z uwagi na luźne kamienie szliśmy w odstępach, więc nie zawsze był między nami kontakt wzrokowy. W pewnym momencie tylko usłyszała mój okrzyk i kilkadziesiąt sekund huku głazów wielkości bochenka lecących w dół żlebu. Mi oczywiście nic się nie stało, a krzyczałem coś w stylu „kamień!” albo „leci!”. Oczywiście, z przyzwyczajenia, po polsku 😛

Lago del Sorapiss
Już schodząc z przełęczy, mogliśmy dojrzeć w oddali słynne jezioro del Sorapiss. Chociaż znaliśmy je ze zdjęć i wiedzieliśmy, czego się spodziewać, to jego kolor i tak nas zaskoczył. Ten błękit jest tak niecodzienny, że jezioro wygląda po prostu nienaturalnie. Schodząc w głąb doliny, straciliśmy je na jakiś czas z oczu. Zamiast niego, po prawej strony zobaczyliśmy mini-lodowiec. W miejscu, w którym pękł, można było również dopatrzyć się niebieskiego odcienia.

Szlak wewnątrz doliny, a w zasadzie karu lodowcowego, jest już o wiele bardziej wyraźny i wędrowało nam się przyjemnie, lecz nieco monotonnie. Nie rośnie tam wiele roślin i krajobraz jest raczej księżycowy. Po chwili znów dostrzegliśmy surrealistyczny błękit Lago del Sorapiss, który zupełnie nie pasował do otaczającej nas surowości gór.

Dochodząc do jeziora, okazuje się, że po raz pierwszy w Alpach natknęliśmy się na tłum ludzi. Wprawdzie wiele mu brakowało do tego, co można zobaczyć nad Morskim Okiem, ale jednak, gdzie nie spojrzeliśmy, tam byli ludzie. Znacząca większość z nich przyszła tylko nad samo jezioro. Szlak między Lago del Sorapiss a parkingiem jest łatwy, chociaż miejscami bardzo wąski. Tam, gdzie wiedzie wzdłuż progu skalnego, zamontowano liny, pomosty i schodki, więc nad jezioro może przyjść niemal każdy. Po pokonaniu zabezpieczonego progu, droga do parkingu jest już banalnie prosta a przez to dosyć monotonna.

Wędrując przez dwa dni przez Gruppo del Sorapiss mogliśmy cieszyć się obłędnymi widokami, zróżnicowanymi szlakami a także porządnie się zmęczyć i podnieść poziom adrenaliny. Nie należy zapominać o przepysznym jedzeniu w schronisku oraz ich domowych nalewkach opartych na grappie 😉 Słowem, ta wycieczka dała nam wszystko, czego oczekiwaliśmy od wyjazdu w Dolomity 🙂

Podstawowe informacje:
Długość: 19,7 km
Przewyższenie: 1760 m
Czas przejścia: 2 dni
Trudność: trudna
Dojazd: samochodem albo autobusem
Mapa:
Leave A Reply