Jednym z celów urlopu w Parku Narodowym de la Vanoise było wejście na szczyt powyżej 3000 metrów. Plany stworzyliśmy jeszcze w domu i w Alpy jechaliśmy już z konkretną trasą (a nawet dwoma wariantami!). Wtedy nie było jeszcze mowy o szczycie Grand Galibier, ale o nieco niższym Mont Thabor. Na miejscu okazało się, że tunel autostradowy, którym chcieliśmy jechać na parking pod tą górą, kosztuje około 300 złotych, więc trzeba było pomyśleć o czymś innym. Grand Galibier wpadł nam w oczy zupełnym przypadkiem, bo na jego szczyt nie prowadzi żaden oficjalny szlak. Mapa online sugerowała jednak, że ścieżka istnieje, a relacje z wejścia na szczyt utwierdziły nas w przekonaniu, że góra jest w naszym zasięgu.

Col de la Ponsonnière
Wycieczkę zaczynamy na dużym parkingu Plan Lachat. Dojazd prowadzi krętą drogą asfaltową, która jest niezwykle popularna wśród kolarzy szosowych. Tędy prowadzi ponoć klasyczna trasa Tour de France a przez to szczyt Grand Galibier, górujący nad drogą, zyskał sporo telewizyjnej popularności. Można skorzystać również z parkingu w osadzie (liczącej dwa domy) Les Mottets, ale żeby tam dojechać trzeba mieć już auto terenowe, bo kamienista droga jest fatalna.


Przy owym drugim strumieniu, schodzimy ze wspomnianej drogi na wąziutki szlak prowadzący przez dolinę Ruisseau de la Ponsonnière, który prowadzi bezpośrednio na przełęcz o tej samej nazwie. Ścieżka wiedzie między skałami tuż nad wijącym się strumieniem, więc jest niezwykle urodziwa. Niestety teren bywa miejscami podmokły, a ścieżka czasem ginie w skalnym labiryncie.


Chociaż ta droga na Col de la Ponsonnière jest najkrótsza, to z pewnością nie jest najszybsza. Podejście na samą przełęcz prowadzi przez piargi, w których owce wydeptały tyle ścieżek, że nie wiadomo, która jest właściwa. Korzystamy więc ze sprawdzonej rady, którą usłyszeliśmy kiedyś w Dolomitach. „Widzicie tam przełęcz? Tak! No to idźcie mniej więcej w tym kierunku”. Konkretna ścieżka nie ma żadnego znaczenia, bo jest ich zbyt wiele, by nad tym rozmyslać.


Po wejściu na przełęcz natychmiast zakładamy kurtki. Wieje tak bardzo, że pomimo gorącego słońca od razu robi nam się zimno. Dopiero ubrani podziwiamy widoki, które oferuje nam Col de la Ponsonnière. Są one naprawdę przepiękne! Z jednej strony, ostre szczyty tworzą jakby koronę, ale widzieliśmy je już w trakcie wspinaczki na przełęcz. Dlatego zachwyca nas bardziej ta część gór, która była przed nami schowana. Alpy ciągną się przed nami aż po horyzont a na niebie nie ma nawet najmniejszej chmurki! Możemy więc bezpiecznie iść na Grand Galibier. Wprawdzie już przekroczyliśmy 2600 metrów, ale pozostało przed nami kolejne 600 metrów przewyższenia!


Droga na trzy tysiące
Z przełęczy udajemy się na zachód, w kierunku najwyższego szczytu w okolicy. Z tej perspektywy w ogóle nie wydaje się być groźny, więc cieszymy się wędrówką granią, która niezwykle przypomina nam szlak łączący Kasprowy Wierch i Czerwone Wierchy. Dość szybko docieramy w okolice kolejnego górskiego jeziora: Lac Blanc. Wbrew nazwie, wcale nie jest białe, a otaczające je szare głazy sprawiają raczej smutne wrażenie. Wyżej jest jeszcze gorzej, a krajobraz robi się niemal księżycowy. Wokół nas rozciąga się morze smutnych kamieni. Pomimo surowości krajobrazu, co chwilę natykamy się na małe kolorowe kwiaty poukrywane w tej szarej pustaci.


Po dojściu na kolejną przełęcz, Col Termier, natrafiamy na jeszcze jedno jezioro. Jest bardzo płytkie i w dużej mierze zasypane przez kamienie i głazy naniesione tu wraz z masami śniegu. O wilku mowa: śniegu tutaj też nie brakuje. Jest rozmiękły i grząski, więc nasze bezgoretexowe buty szybko przemakają, ale do pokonania mamy tylko kilkaset metrów. Potem znów wychodzimy między skały i rozpoczyna się walka.

Wprawdzie znajdujemy się dopiero w okolicach 2900 metrów, to podejście jest bardzo ciężkie i nie tylko z uwagi na nachylenie, ale też na rzadsze powietrze! Już na takiej wysokości, wyraźnie czuć, że zamiast jednego głębokiego wdechu, potrzeba kilku. Gdy robi się stromo, co kilkanaście kroków, muszę zatrzymać się na chwilę i nabrać powietrza, by móc kontynuować. Wysokość to jedno, ale kondycja widać też nie najlepsza…


Grand Galibier
Oficjalny szlak kończy się na Col Termier, ale z przełęczy na Grand Galibier prowadzą aż dwie widoczne ścieżki. Ta okrążająca jezioro wydaje się być nieco łatwiejsza, więc decydujemy się na nią. Gdy wchodzimy wyżej, na skałach dostrzegamy niebieskie znaki zrobione sprejem, które wyznaczają sugerowaną trasę na szczyt. Ścieżka jest nieco zagmatwana i krąży między głazami.

Około 150 metrów poniżej szczytu zaczynają się skalne progi, które trzeba pokonać wspierając się rękami. W takich warunkach kijki trekkingowe stają się balastem, więc chowamy je w szczelinie w skale i kontynuujemy wspinaczkę. Na wysokości 3158 metrów dotarliśmy na niewielką przełączkę, szczerbę w grani, skąd rozciągał się cudowny widok na Mont Blanc.

Z tego miejsca, szlak prowadzi przez pochyłą płytę skalną, która wprawdzie ma zaledwie 3 metry wysokości i oferuje niezłe chwyty, to jest odchylona w kierunku przepaści. Chociaż to miejsce nie przedstawia większych trudności wspinaczkowych, to eskpozycja działa mocno na wyobraźnię. Szczerba, w której stoimy jest na tyle wąska, że ledwo mieścimy się tam w dwójkę, więc w razie pośliźnięcia się, można by w nią nie trafić i polecieć prosto w dół. Biorąc pod uwagę, że tę drogę musielibyśmy pokonać dwukrotnie, uznajemy że kontynuowanie wspinaczki przewyższa nasz „apetyt na ryzyko” i podejmujemy wspólnie decyzję o powrocie. Wycofujemy się 70 metrów poniżej szczytu i około 150 metrów w poziomie. Przy okazji daje to dobre wyobrażenie o nachyleniu wierzchołka Grand Galibier (około 90 stopni/100 procent)!

Powrót nieco inaczej
Większość drogi powrotnej pokonujemy dokładnie tak jak przeszliśmy, ale żeby nie było zbyt nudno, tym razem na Col de la Ponsonnière nie schodzimy w dolinę potoku o tej samej nazwie, ale kierujemy się na jezioro Cerces. Szlak jest wygodny, ale cały czas prowadzi zboczem tej samej góry, więc widoki są jednostajne.

Dopiero w okolicach Lac des Cerces robi się ciekawiej. Po pierwsze, górskie jeziora zawsze prezentują się dobrze. Po drugie, z jeziora wypływa dość szeroki strumień a nie ma nad nim mostku, więc można poprzeskakiwać radośnie z kamienia na kamień. Dalsza trasa wzdłuż potoku jest nieco błotnista, ale zmagania z podmokłym terenem umila nam widok producentów sera. Ogromne stado owiec przemieszcza się dnem doliny, tworząc korki tam, gdzie łączą się ścieżki. Ewidentnie tutejsze owce nie znają zasad jazdy na suwak 😉

Gdy docieramy do samochodu, przyparkingowy bar jest właśnie zamykany, a słońce chyli się ku zachodowi. Był to naprawdę długi dzień i czujemy w nogach zmęczenie. Trochę nam szkoda, że nie udało się wejść na szczyt, ale z drugiej strony po raz pierwszy przekroczyliśmy wysokość 3000 metrów. Smutno tylko, że niewielka przełączka, na którą dotarliśmy, nie ma nawet swojego imienia, więc ciężko się nawet pochwalić, gdzie byliśmy.
Podstawowe informacje:
Długość: 18,8 km
Przewyższenie: 1270 m
Czas przejścia: 6 h (nasz czas z postojami 8 h 40 min.)
Trudność: bardzo trudna
Dojazd: samochodem
Mapa:
Leave A Reply