Nie będziemy ukrywać – uwielbiamy Alpy, tę mieszankę zielonych pastwisk i strzelistych szczytów. Oferują niezliczone możliwości wędrówek i wspinania. W 2022 roku, pomimo wielkiej przygody w Skandynawii, ciągle brakowało nam tych widoków. Dlatego postanowiliśmy wybrać się znów do Austrii, po raz drugi w okolice Admont i Parku Narodowego Gesäuse. Planowaliśmy miks ferrat, wycieczek dwudniowych i noclegów na campingu. Pogoda skutecznie pokrzyżowała nam ambitne plany, ale chlubnym wyjątkiem była wyprawa na Admonter Kalbling. Szczyt ma piękny kształt piramidy, oferuje niesamowitą panoramę a bazą wypadową jest schronisko ze świetnym jedzeniem!

Za gapowe się płaci
Wycieczkę rozpoczynamy w miejscowości Admont, na parkingu pod miejscową szkołą. Wyruszamy wczesnym rankiem, gdy szczyty chowają się w niskich porannych chmurach. Pogoda zapowiada się idealnie i liczymy na bezproblemową wycieczkę. Ten piękny nastrój pęka po 3 kilometrach podejścia doliną. Przypomina mi się, że mieliśmy wyciągnąć pieniądze z bankomatu, ale zupełnie o tym zapomnieliśmy. W schroniskach różnie bywa z płatnościami kartą, więc zostawiam plecak pod pieczą Ani i wracam z powrotem do miasta.


Po godzinie możemy kontynuować wędrówkę. Kolejne kilometry biegną przez las, cały czas pod górę. Między drzewami dostrzegamy kilka kozic górskich. Dotąd zawsze widywaliśmy je w terenie wysokogórskim, więc zobaczenie ich w środku lasu jest dla nas czymś wyjątkowym. Po dojściu na skraj polany, decydujemy się odbić na pobliski szczyt Hahnstein, czyli „Kogucią Skałę”, przewidując, że powinny być stamtąd dobre widoki. Nie mylimy się! Warto było tam wejść, chociaż na sam koniec czekała nas łatwa wspinaczka po głazach.


Schronisko Oberst Klinke-Hütte
Po zejściu z Hahnstein trafiamy na halę i krajobraz ulega zupełnej odmianie: jest płasko i trawiaście. Nie cieszymy się zbyt długo, ponieważ by zejść do schroniska szlakiem Jägersteig („Ścieżka Myśliwych”). Końcówka „Steig” oraz czarna kropka na drogowskazie wskazują, że nie będzie łatwo. Faktycznie, w połowie drogi pojawia się stalowa lina. Chociaż w plecakach mamy uprzęże i lonże, ścieżka jest na tyle wąska, że nie ma gdzie założyć sprzętu. Via ferrata okazuje się jednak na tyle krótka i prosta, na poziomie tatrzańskich szlaków, że nie doczekała się nawet wzmianki na portalach poświęconych tego typu drogom.


Po pokonaniu ostatniego żlebu, wychodzimy na szeroką drogę samochodową prowadzącą pod schronisko Oberst Klinke-Hütte – nasz cel na ten dzień. Meldujemy się i zamawiamy kolację: gulasz z knedlami oraz tradycyjne austriackie Spätzle – czyli kluchy. Wkrótce po kolacji, mamy okazję obserwować przepiękny zachód słońca barwiący niebo nad masywem Dachstein na niesamowite kolory.


Korzystając z okazji, w środku nocy wstaję na obserwację gwiazd. Wprawdzie księżyc jest wysoko na niebie (w takiej sytuacji gwiazdy są gorzej widoczne), ale i tak jest niesamowicie. Uroku dodaje trwające właśnie rykowisko jeleni! Słuchanie ryków tych zwierząt w środku nocy, pod rozgwieżdżonym niebem to niezapomniane przeżycie. Ania zamiast niego wybrała wyspanie się 😉


Droga na Kalbling
Po śniadaniu ruszamy pod górę w kierunku szczytu majestatycznie wnoszącego się powyżej naszego schroniska. Kalbling od strony schroniska to ogromna stroma ściana, ale od północy to w miarę łagodne trawiaste zbocze. Szlak prowadzi więc trawersem wokół szczytu, pozwalając dotrzeć do łatwiejszej drogi na górę. Wędrując podziwiamy widoki na pasmo Niedere Tauern (Niskie Taury) i nieco dalsze grupy górskie jednocześnie słuchając dalej trwającego rykowiska. Niestety, im wyżej wchodzimy, tym gorzej słychać jelenie.


Po dojściu na ostatnią przełęcz, oddzielającą Kalbling od sąsiedniego szczytu Riffel (na który wybraliśmy się później) natrafiamy na kozice. Bardzo nas to cieszy, bo uwielbiamy te zwierzęta 🙂 Końcówka podejścia jest początkowo nieco żmudna (strome zakosy), ale później się wypłaszcza i możemy podziwiać panoramę ze szczytu. Na wschodzie dostrzegamy ścieżkę prowadzącą na nieco wyższy Sparafeld, ale zakładamy, że widok z niego będzie niemal identyczny, a sam szlak nie wydaje się specjalnie ciekawy.


Via ferrata Riffel – Kreuzkogel
Zamiast udać się na wschód, kierujemy się na północny zachód, na szczyt Riffel. Wejście jest proste, a grzbiet bardziej przypomina łąkę niż góry. Dopiero po wejściu na górę, zakładamy uprzęże wspinaczkowe i kaski, by pokonać via ferratę łączącą wierzchołki Riffel i Kreuzkogel. Żelazna perć zawsze dodaje emocji, ale ku naszemu rozczarowaniu jest ona wyjątkowo krótka i łatwa. Większa część szlaku przypomina wędrówkę tatrzańską ścieżką łączącą Kasprowy z Czerwonymi Wierchami. Może jest nieco węższa i stroma, ale żadnych lin czy łańcuchów, oprócz początkowego fragmentu, nie ma.


Mimo to wędrówka granią jak zawsze jest przyjemna i dostarcza cudownych wrażeń, gdy z obu stron otaczają nas strome zbocza, a za dolinami kolejne góry. Kreuzkogel, nasz ostatni szczyt, jest świetnym punktem do robienia zdjęć, ale jego zdobycie zapowiada, że od tego momentu będzie już tylko nudne zejście w dół. Ściągamy więc sprzęt, bo nie jest już potrzebny. Szlak nie jest jednak specjalnie łatwy z uwagi na stromiznę, a jeden próg skalny jest dodatkowo zabezpieczony krótką stalową drabiną. Po zejściu do lasu, szybko wędrujemy wygodną drogą (miejscami asfaltową szosą) i wracamy do Admont.


Podstawowe informacje:
Długość: 24,1 km
Przewyższenie: 2030 m
Czas przejścia: 8 h 50 min. (rozłożyliśmy na 2 dni, z czego dojście do schroniska zajęło nam 7 h 50 min. a wejście na Kalbling i powrót do Admont aż 9 h 30 min. – cóż, kondycji nie mieliśmy najlepszej a zdjęć robiliśmy dużo)
Trudność: średnia
Dojazd: samochodem
Mapa:
I kilka dodatkowych zdjęć na koniec 🙂







Leave A Reply