Ostatnim etapem naszej wędrówki przez Pireneje Wschodnie miało być wejście na wierzchołek Puigmal d’Err (lub po prostu Puigmal). Szczyt wznosi się na 2910 metrów n.p.m. i jest jednym z najwyższych w tych górach. Można powiedzieć, że miała to być wisienka na torcie. Zanim mogliśmy pokusić się o „atak szczytowy” musieliśmy przekroczyć główny grzbiet Pirenejów i powrócić do Vall de Núria, doliny w której rozpoczęliśmy naszą katalońską wędrówkę. Droga wiodła przez dolinę potoku Eyne, którą zapamiętamy chyba jako najpiękniejsze miejsce odwiedzone w czasie tego wyjazdu!

Vallée d’Eyne
Po powrocie na nocleg w Planes, udało nam się znaleźć rozsądną ofertę na nocleg w hotelu w centrum Doliny Nuria. Mogliśmy więc powrócić do pierwotnego planu powrotu na hiszpańską stronę gór i wejście na Puigmal kolejnego dnia. Nasz książkowy przewodnik zapowiadał, że czeka nas wędrówką piękną doliną, ale to, co na nas czekało, zdecydowanie przerosło oczekiwania. Wkrótce po opuszczeniu narciarskich kurortów szlak zaczął prowadzić wzdłuż sztucznego strumienia, który po odwiedzeniu Madery oczywiście nazywaliśmy lewadą. Wędrówka wzdłuż szumiącej i błyszczącej wody jest zawsze urokliwa, ale ten niewielki strumyk był zaledwie początkiem.

Gdy doszliśmy do właściwego potoku Eyne, zrozumieliśmy co tak zachwyciło autora książki. Wąska dolina otoczona wysokimi górskimi grzbietami, porośnięta tysiącami kwiatów a w środku wije się przepiękny strumień. Jak w bajce! Z takim widokiem, czekające nas kolejne 1000 metrów podejścia nie wydawało się być straszne. Baśniową scenerię uzupełniały liczne motyle oraz, jakżeby inaczej, wszechobecne świstaki. Oczywiście, pasące się krówki zachęcały do spoglądania również pod nogi, żeby w coś nie wdepnąć 😉


Chociaż Vallée d’Eyne jest popularną miejscówką w Pirenejach i widoczny był zwiększony ruch turystyczny, to ciągle nie było to, co znamy z polskich Tatr. Same góry też nie są tak strzeliste jak nasze swojskie wierchy, ale chyba żadna tatrzańska dolina nie jest tak bogata. Robiliśmy tyle zdjęć i tak się rozglądaliśmy, że tempo było niezwykle powolne. Ale gdzie tu się spieszyć, gdy jest tyle do podziwiania?


W górnej części doliny zrobiło się o wiele bardziej kamieniście, a tuż poniżej przełęczy na wysokości 2680 metrów musieliśmy przejść przez kilkudziesięciometrowy płat śniegu. Mimo to, nawet w tak niegościnnych warunkach znajdujemy maleńkie, lecz urokliwe kwiaty.


Po przejściu na hiszpańską stronę, nie jest już tak kwiatowo, lecz widać nieco więcej gór. Dostrzegamy też nasz jutrzejszy cel: Puigmal. W dole zaś widać ogromny hotel, w którym spędzimy kolejne dwie noce.


Na szczyt Puigmal d’Err
Przez niemal dwa tygodnie nocowania w schroniskach nie mogliśmy na nic narzekać, oprócz… śniadań! Posiłki złożone z samych węglowodanów nie zapewniały nam dobrego startu w góry. Dlatego w naszym hotelu jak szaleni rzuciliśmy się na wszelkie dobroci: omlety, bekon, sery, owoce i warzywa. Zjedliśmy nieprzyzwoite ilości jedzenia (na kolację też 🙂 ) i braliśmy wielokrotne dokładki. Z pełnymi brzuszkami mieliśmy dość energii by pokusić się na wejście na niemal trzy tysiące metrów.


Najkrótszą trasą na Puigmal jest bezpośredni szlak prowadzący wprost z hotelu. Jak to ze skrótami bywa, nie jest to najłatwiejszy szlak: skoro droga jest krótka a wysokość taka sama, to musi być bardziej stromo. Do dyspozycji mamy cały dzień a do tego, po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu, możemy zostawić wszystkie klunkry w pokoju i wędrować „na lekko”. Dlatego decydujemy się na zdecydowanie dłuższy (i mniej popularny) wariant okrężny. Kierujemy się wprost na przełęcz Finestrelles, przemierzając malownicze górskie pastwiska. Krowy i konie pracują już od samego rana, zawzięcie skubiąc trawę. Obficie kwitnące niezapominajki porastają okolice strumieni, zamieniając je w niebieskie pasy odcinające się od zieleni trawy.


Na przełęczy jest już zdecydowanie bardziej surowo, w końcu Coll de Finestrelles ma ponad 2600 metrów wysokości. Widoki są niesamowite! Po drugiej stronie gór znajduje się rozległa dolina, a kilkanaście kilometrów dalej kolejny potężnych łańcuch górski. Takie widoki będą nam towarzyszyć w czasie całej wędrówki grzbietem aż do wejścia na Puigmal. Po drodze „zaliczamy” dwa mniejsze szczyty: Pic del Segre oraz Pic Petit de Segre. Cały grzbiet jest silnie zerodowany i składa się z rozsypujących się kamieni, więc ścieżka jest niewyraźna i wymaga wyszukiwania drogi po chybotliwych głazach.


Im bliżej Puigmal jesteśmy, tym więcej mijamy płatów śniegu. Oczywiście, wykorzystujemy tę okazję, by porzucać się śnieżkami (w czerwcu!). Jednocześnie, obserwujemy chmury zbierające się wokół szczytu i zapowiadające brak widoków. Gdy w końcu docieramy na wierzchołek Puigmal, zamiast mieć piękną panoramę 360 stopni, widzimy góry i biel chmur w proporcji pół na pół. Siadamy tak, by mieć dobry widok i otwieramy ostatnią konserwę 😉 Na szczycie jest oprócz nas zaledwie kilkanaście osób, więc o tłoku nie ma co mówić.



Powrót do domu
No dobra, zanim wrócimy do domu, trzeba jeszcze zejść na ostatni nocleg w górach. Wędrówka w dół prowadzi mocno zerodowanym, wijącym się zakosami szlakiem. Pogoda nie rozpieszcza i wchodzimy w środek chmury, co ogranicza nam widoczność do kilkudziesięciu metrów. Dopiero niżej, gdzie zaczynają się pastwiska, możemy znów podziwiać krajobraz, a jest na co patrzeć. Możemy obserwować te same szczyty, na które spoglądaliśmy w czasie pierwszego dnia wędrówki przez Pireneje.


Po dojściu do parkingu na przełęczy Fontalba rozpoczynamy łatwy trawers Puigmala. Po drodze spotykamy nader sympatyczne sikory sosnówki, które nie przejmują się naszą obecnością i buszują w sosnach niemal w zasięgu ręki. Kawałek dalej, kilka metrów od szlaku idealnie pozuje kozica południowa, również nie bojąca się ani nas, ani innych turystów.


Gdy dostrzegamy jezioro i hotel w Dolinie Nurii, dociera do nas, że nasza pirenejska przygoda właśnie się kończy. Wchodzimy jeszcze na skałę z punktem widokowym, skąd doskonale widać całą dolinę. To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w czasie tych dwóch tygodni.


Gdy wydaje się, że już nic ciekawego nas nie spotka, zaglądamy do niepozornej kapliczki świętego Idziego. Hiszpańska wersja tego imienia to Gil, więc robimy sobie żarty, że Sant Gil to na pewno patron ptaków. W pewnym momencie, do kaplicy wpada jaskółka by po chwili zniknąć w gnieździe podwieszonym do sufitu. Jesteśmy zachwyceni tym, że te sprytne ptaki znalazły sobie takie miejsce lęgowe. Po chwili okazuje się, że jaskółki nie są jedynymi mieszkańcami kaplicy. Do środka wlatuje również sikorka, która wchodzi w głąb ściany i momentalnie rozlega się ćwierkanie piskląt, które czekały wewnątrz muru na posiłek.


Następnego dnia, rano wybieramy się jeszcze na spacer wokół jeziora a następnie łapiemy kolej zębatą do cywilizacji. Posługując się kilkoma hiszpańskimi słowami, na pół „w ciemno”, zamawiamy menu dnia w restauracji i dostajemy potężny 3-daniowy obiad. Gdy docieramy na stację w Ribes de Freser, niebo nad górami robi się granatowe. To ostatnia chwila, żeby kończyć wycieczkę 🙂

11 dzień w Pirenejach:
Długość: 19,3 km
Przewyższenie: 1240 m
Czas przejścia: 6 h 15 min.; nasz czas z postojami: 8 h 20 min.
Trudność: średnia
Mapa:
12 dzień w Pirenejach:
Długość: 17,7 km
Przewyższenie: 1200 m
Czas przejścia: 6 h; nasz czas z postojami: 7 h 55 min.
Trudność: średnia
Mapa:
Leave A Reply