Wędrówka przez Hardangerviddę to nie tylko piękne góry ale również wszechobecna woda pod wieloma postaciami. Nie mamy tu na myśli wyłącznie deszczu, który co jakiś czas nas prześladował, ale również potoki, jeziora i bagna. Pomimo tej obfitości, okazało się, że można mieć problemy z dostępem do wody pitnej wtedy, kiedy jej najbardziej potrzeba. Na własnym błędzie nauczyliśmy się jak do tego nie dopuścić w przyszłości i zadbać, żeby zawsze była dostępna pitna woda na szlaku.

Brak wody
Mieliśmy plan, żeby wykorzystać piękne położenie naszego namiotu i zrobić zdjęcia o wschodzie słońca, ale pokrzyżowała go pogoda. W nocy zaczęło padać i wiać, więc pobudka na wschód słońca nie miała najmniejszego sensu. Natomiast o ósmej rano, gdy kończyliśmy śniadanie, już świeciło słońce a namiot był suchy.

Do owsianki i porannej kawy zeszła nam reszta wody. Nie dość, że nie mamy w czym umyć zębów, to po owsiance chce się jeszcze pić. Wprawdzie do jeziora nie mamy daleko, ale woda stojąca jest z założenia skażona bardziej, niż ta płynąca. Źródełek tu żadnych nie ma a najbliższy strumień według mapy jest oddalony o ponad 2 km.

Gdy do niego docieramy, okazuje się, że woda ma mocno brązowy kolor. Nie taki, jak polskie rzeki, świadczący o brudzie, lecz raczej jak ciemne przejrzyste piwo, co jest charakterystyczne dla wody przepływającej przez torfowisko. Wolimy nie ryzykować picia jej tylko przez filtr i decydujemy się na uzdatnianie chemiczne. Nabieramy wodę do bukłaka, wrzucamy tabletki z chlorem i czekamy kolejne pół godziny aż woda stanie się zdatna do picia.

Być może przesadzamy z tym oczyszczaniem, ale jesteśmy dzień marszu od cywilizacji, a zasięgu tu nie ma, więc zatrucie byłoby niebezpieczne. Oczyszczoną wodą, choć paskudną w smaku, z przyjemnością gasimy pragnienie i myjemy zęby. Resztkę przelewamy do butelki i od razu napełniamy bukłak na nowo, żeby ponownie nie zabrakło nam wody.

A wszędzie jest tyle wody
Po zaspokojeniu pragnienia kontynuujemy marsz wzdłuż jeziora Viervatnet przy pięknej pogodzie. Im dalej na zachód idziemy, tym krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Pomimo tej zmiany, cały czas jest piękny. Na szlaku jest albo bardzo sucho, tak, że nasze kroki wzbijają pył, albo wręcz przeciwnie, tak grząsko, że buty zapadają się w błocie. Liczne jeziorka rozrzucone po płaskowyżu wyglądają malowniczo i czarują głębokim niebieskim kolorem.


Na naszej trasie jest schronisko Stordalsbu. Chociaż nie planujemy w nim nocować, w aplikacji DNT widziałem, że można tam zakupić samoobsługowo klopsiki z renifera. O klopsikach wiedziałem od dawna, więc to był jeden z celów na ten wyjazd! Jakie było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że chatka jest zamknięta i bez klucza wypożyczonego w klubie turystycznym DNT się do niej nie dostanę. No nic, na obiad będą znów liofilizaty.


Nad strumieniem prowadzącym do jeziora Vråsjøen trafiamy na ciekawy most wiszący. Jest dość długi, lecz konstrukcja wydaje się stabilna. Ania przechodzi pierwsza i mówi, że wcale tak nie jest i most mocno się pod nią bujał.

Ponieważ uwielbiam bujające się mosty, podczas przeprawiania się, specjalnie mocniej naciskam jedną nogą, żeby sprawdzić stabilność. O ile zwykle wprawia to mostki w przyjemne delikatne bujanie, to w tym przypadku efekt mocno zaskakuje i cała konstrukcja zaczyna się szybko poruszać.

Ostatni nocleg
Za mostkiem natrafiamy na spokojniejszą odnogę strumienia, tworzącą płytkie rozlewiska w wyżłobieniach nagiej skały. Na pierwszy rzut oka wygląda to na idealne miejsca na kąpiel. Płytka woda powinna się nagrzewać od skał, przynajmniej teoretycznie. Sprawdzamy i mamy rację! Woda jest całkiem ciepła i można się w niej w miarę przyjemnie umyć. Jest na tyle ciepło, że zamiast myć „na raty”, pluskam się w strumieniu jak rusałka na barokowych obrazach 😉

Od naszego kąpielowego strumienia, szlak prowadzi pod górę. To ostatnia większa przełęcz w czasie wędrówki przez Hardangerviddę. Po raz pierwszy dostrzegamy odciśnięte w błocie ślady reniferów. Jest też coraz więcej śniegu, nie tylko w oddali, w wysokich górach, ale także przy samej ścieżce. Nic dziwnego, że rogacze tu przywędrowały, bo nie lubią zbyt ciepłej pogody. Niestety żadnego nie wypatrujemy, ale same ślady to już coś wartego zapamiętania.


Za przełęczą robi się coraz bardziej mokro i wędrujemy błotnistym szlakiem między płytkimi jeziorkami porastającymi trzciną. Obóz zakładamy w błotnistej dolince, zaraz za strumieniem, z którego będziemy brać wodę. Tym razem nie zabraknie nam picia! To miejsce ma jednak inną wadę: słońce szybko się chowa za górę i robi się zimno. Dodatkowo, nie możemy myć zębów zbyt blisko strumienia, żeby go nie zanieczyścić, więc w tym celu musimy się wdrapać na górkę, która jest jedynym niepodmokłym obszarem w okolicy. No nie dogodzisz! 😉

Podstawowe informacje:
Długość: 14,8 km
Przewyższenie: 500 m
Czas przejścia: 4 h (nasz czas z postojami, kąpielą w strumieniu i rozbiciem namiotu 9 h)
Trudność: łatwa, chociaż było jeszcze bardziej bagniście
Mapa:
A tutaj jeszcze więcej zdjęć z tego dnia. Było naprawdę przepięknie!






Leave A Reply