Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego na świecie, niż znaleźć miejsce, z którego odpływa prom. W końcu jesteśmy w zupełnej dziczy, a po jeziorze Møsvatn kursuje tylko jedna linia. Co może pójść nie tak? O tym mieliśmy przekonać się już wkrótce…

Wschód słońca
Skoro to nasza ostatnia noc w dziczy, wstajemy na wschód słońca. Ja i tak obudziłem się przed budzikiem, choć nastawiony był na nienormalną godzinę. Wstaję raźno, co mobilizuje również Anię. Wyglądamy z namiotu i zapowiada się naprawdę pięknie. Nad strumieniem wiją się pasemka mgły a w oddali lśni złote światło. Ania, widząc jak ładnie jest na zewnątrz, rozbudza się zupełnie. Nie chcemy podziwiać wschodu słońca na głodnego, więc nastawiamy wodę na owsiankę i kawę. Z gotowym śniadaniem wchodzimy na pobliską górkę dla lepszych widoków. Cieszymy się piękną pogodą i niesamowitym, ciepłym, złotym światłem i cykamy sporo zdjęć. Owsianka powoli stygnie, więc nastawiam aparat na tryb poklatkowy i poświęcam się jedzeniu.

Z pewnością, nawet w najlepszym hotelu nie zjedlibyśmy śniadania z tak cudownym widokiem. Natomiast moglibyśmy liczyć na bardziej urozmaicony posiłek niż owsianka z bakaliami. Coś za coś. Po skończeniu śniadania, schodzimy do namiotu, który od mgły zrobił się mokry. Wystawiamy go na słońce najpierw z jednej strony, a potem obracamy, by równomiernie wysechł.

Dziś mamy prom, więc musimy się spieszyć. Początkowo idzie nam nieźle i wędrujemy żwawym tempem, ale gdy dochodzimy do punktu widokowego na fiord, to zatrzymujemy się na sesję. Jest przepięknie! Fiord wije się pod nami a pogoda jest idealna. Ciepło, słonecznie i po raz pierwszy bez wiatru. Słońce grzeje tak mocno, że wyjątkowo możemy iść w samych tiszertach.

Promem przez fiord
Szlak wkrótce prowadzi nas między drzewa a dookoła kwitnie więcej kwiatów. Ania znajduje nawet konwalie! To zupełnie inny krajobraz niż ten, który towarzyszył nam przez poprzednie cztery dni. Na dole przy przystani trafiamy na znak, że właściwa przystań jest 3 km dalej. Na szczęście szliśmy na tyle szybko, że mamy duży zapas czasu. Chociaż jesteśmy zaskoczeni, ruszamy zgodnie ze strzałką. Po drodze widzimy wielkie połacie białych kwiatów przy brzegu, więc schodzimy nad jezioro Møsvatn, by przyjrzeć się im z bliska. To wełnianka, którą znamy z Gór Izerskich i torfowisk pod Zieleńcem.

Trafiamy na nową przystań, ale brak na niej jakichkolwiek oznaczeń. Przeczesujemy Internet w poszukiwaniu informacji i znajdujemy zdjęcie promu z zeszłego roku dokładnie w tym miejscu. Nawet ta sama koparka stoi zaparkowana w tym miejscu. Dla pewności dzwonię na informację turystyczna i mówią, że prom odpływa jednak nie stąd, tylko spod schroniska. Musielibyśmy się wracać, skąd przyszliśmy, ale fiord w tym miejscu wygląda na bardzo płytki. Jak nad dłoni widać wodę pieniącą się na skałach. Znajduję jeszcze numer do firmy od promu i potwierdzają, że odpłynie jednak z tej dolnej przystani. Rozkładamy kuchenkę i rozpoczynamy konsumpcję ostatniego liofilizatu.

W międzyczasie przyjeżdża quad po dwójkę wędkarzy i kierowca pyta, czy czekamy na prom. Potwierdzamy. Ku naszemu zdziwieniu, mówi, że prom odpływa jeszcze z innego miejsca, bo tutaj woda też jest zbyt płytka. Zanim zdążyliśmy zareagować, zatrzymuje się tuż przy nas terenówka Towarzystwa Turystycznego. Oni też pytają, czy my na prom i potwierdzają, że to nie tu, tylko dwa kilometry dalej, ale uspokajają nas, że spokojnie zdążymy.

Zarzucamy plecaki na ramiona, Ania bierze kijki, a ja łapię ledwo napoczęty liofilizat i pędzimy we wskazanym kierunku. Gdy docieramy na miejsce, widzimy innych ludzi czekających na brzegu i nadpływający niewielki prom. Udało się! Gdyby nie pomocni ludzie, nigdy byśmy się go nie doczekali a bilety za kilkaset złotych przepadłyby…

Centrum edukacyjne Parku Narodowego
Niewielki prom żwawo pruje fale fiordu a prędkość jest tak duża, że aż nieprzyjemnie jest stać na dziobie, gdzie owiewa nas zimne powietrze i obryzgują krople wody. Z resztą, rufa i tak oferuje o wiele lepsze widoki. Kierujemy się z dala od płaskowyżu, tam gdzie fiord jest nudniejszy i zamiast stromych gór, otaczają go zielone pagórki. Wysiadamy i rozglądamy się za przystankiem autobusowym, z którego mamy odjechać do Rjukan. Nie ma jednak nic, oprócz niewyraźnej mapki połączeń autobusowych i owiec pasących się luzem wzdłuż drogi. Nie wiemy, co robić, więc idziemy do centrum edukacyjnego Parku Narodowego Hardangervidda, które jest położone powyżej przystani.

Pan z obsługi wyjaśnia, że przystanków jako takich nie ma i po prostu trzeba pomachać, a kierowca się zatrzyma. Namawia nas na zwiedzenie muzeum a także pyta o spotkane zwierzęta. Przez kilkanaście minut rozmawiamy o ptakach i w końcu decydujemy się wejść na wystawę, choć nie jest tania. Cieszymy się, że skorzystaliśmy, bo ekspozycje są naprawdę świetne! Jest dużo materiałów multimedialnych a najciekawszą atrakcją jest historia reniferzycy Belli. Przymocowano do niej GPS oraz kamerę i śledzono jej poczynania przez cały rok. Historia opatrzona jest komentarzami pisanymi z perspektywy renifera z dużą dozą emocji: czy to strachu o reniferzątka, które są atakowane przez orły, czy to o amorach z samcem o pięknych czarnych nogach 😉

Na koniec, w bufecie obsługiwanym przez tego samego mężczyznę, zamawiamy kawę i pan pyta nas, czy chcemy coś słodkiego. W sumie to byśmy chcieli, bo jesteśmy trochę głodni, a przez ostatnie dni nie mieliśmy takich rarytasów. Szkoda nam jednak kasy, ale sprzedawca, widząc że jesteśmy głodni, oferuje nam ciasto które sam upiekł. Jest już za stare, by je sprzedać, ale w dalszym ciągu dobre a on nie lubi marnować jedzenia. Z wdzięcznością bierzemy więc po kawałku i jest przepyszne!

Brązowy ser
Dziękujemy za ciasto, poradę w sprawie przystanku oraz piękną wystawę i schodzimy na autobus. Owce w dalszym ciągu łażą wszędzie brzęcząc dzwoneczkami, ale oprócz nich nie ma żadnej żywej duszy. Po kilku minutach nadjeżdża autobus, więc machamy. Faktycznie zatrzymuje się przy nas i wsiadamy. Przed naszym „przystankiem” przypominam się pani kierującej pojazdem i zjeżdża na zatoczkę, która również nie jest w żaden sposób oznaczona jako przystanek. Stamtąd ruszamy pod górę w wielkim upale. Rjukan znajduje się nieco w dole i jest tu jeszcze cieplej. Na parkingu pod kolejką Krossobanen czeka na nas autko.

Jedziemy do Rjukan szukać brązowego sera, o którym słyszeliśmy od operatora kolejki. Ponoć wielki rarytas a do tego uznany za drugi najlepszy ser na świecie w międzynarodowym konkursie. W sklepie z produktami regionalnymi nic o nim nie wiedzą, więc idziemy do informacji turystycznej. Tutaj też nie mają pewności, ale sugerują sprawdzić jedną kawiarnię. Ekspedientka wygląda jakby pierwszy raz słyszała o serze, ale idzie na zaplecze i przynosi nam półkilogramową kostkę! Jest masakrycznie drogi, ale w końcu jesteśmy na wakacjach a przez ostatnie dni jedliśmy owsiankę, ryby z puszki i liofilizaty, więc zasługujemy na odrobinę luksusu.

Jedziemy poza Rjukan na camping, który widzieliśmy wcześniej. Jest przepięknie położony i ma własną plażę nad jeziorem. Jest tak gorąco, że kusi mnie kąpiel. Ania jest do tego pomysłu nader sceptycznie nastawiona, ale idziemy się kapać. Wchodzę do wysokości łydek i nie jestem w stanie zanurzyć się bardziej, bo woda jest lodowata, a Ania stoi na brzegu z miną: „znowu miałam rację”. Ze smutkiem się wycofuję, jednocześnie zastanawiając się, jak grupka osób nieopodal daje radę stać w tej wodzie do pasa i grać w piłkę. Może trzeba było morsować przez zimę?
Proponuję obiad, ale Ania stanowczo oponuje: najpierw prysznic! Kabiny są ogromne, więc można przy okazji wyprać nasze przepocone i śmierdzące ciuchy. Urlopu mamy jeszcze kilka dni, więc się przydadzą. Po prysznicu jeszcze obiadokolacja i zmęczeni szybko zasypiamy.
Podstawowe informacje:
Długość: 7,6 km
Przewyższenie: 50 m
Czas przejścia: 1,5 h (nasz czas z postojami do drugiej przystani: 2,5 h i około 15 minut dojścia do trzeciej przystani)
Trudność: łatwa
Mapa:
Leave A Reply