Naszym głównym celem wyjazdu do Skandynawii była kilkudniowa wędrówka przez Hardangerviddę, olbrzymi płaskowyż w centrum Norwegii. Jednak przez pierwszych dziewięć dni wakacji więcej jeździliśmy samochodem niż chodziliśmy. Dziś czas na zmianę! Zostawiamy auto, bierzemy plecaki, namiot i wyruszamy na przygodę! Przed nami jeden z najdzikszych obszarów Europy, setki kilometrów kwadratowych niezamieszkanych przestrzeni. Przez najbliższe dni tundra będzie naszą towarzyszką, sypialnią, jadalnią a nawet łazienką. No, jeśli już mowa o łazience, to nie możemy się doczekać kąpieli w delikatnie chłodnym górskim strumieniu 😉

Trasa do Helberghytty
Rano pakujemy się i zbieramy dość długo. Przed wyjazdem nie udało nam się znaleźć wygodnego dużego plecaka, więc musimy polegać na sprawdzonych, lecz niewielkich modelach. Mój model ma 48 litrów i dobrze się sprawdzał na trekkingach z noclegiem w schroniskach, zaś plecak Ani ma zaledwie 38 litrów co z trudem starcza na kilkudniowe wycieczki.

Biorąc pod uwagę zmienne warunki atmosferyczne musimy wziąć sporo ubrań a także zapas jedzenia na pięć dni, choć planujemy zmieścić się w czterech. Przygotowujemy się na nieprzewidywalne 🙂 Niestety, muszę zrezygnować z teleobiektywu, bo po prostu nie ma na niego miejsca. Wygląda na to, że z fotografowania ptaków nici. Z kempingu wyjeżdżamy po 11 a po drodze jeszcze robimy zakupy spożywcze i kupujemy dobrą mapę.

Dziś znów bierzemy kolejkę, bo jest niesamowicie gorąco i nie chcemy tracić sił na wejście na płaskowyż. Pogoda jest zupełnie inna niż wczoraj. Słońce grzeje niemiłosiernie a po niebieskim niebie powoli przesuwają się cumulusy.

Hardangervidda prezentuje się o wiele lepiej a do tego doskonale widać szczyt Gaustatoppen niemal przez cały dzień. Choć czasami jest przesłaniany przez inne góry, to za chwilę znów pojawia się na horyzoncie.

W nieznane
Chociaż plecaki nie są zbyt lekkie, to wędrujemy żwawo i wkrótce mijamy schronisko Helberghytta. Po drodze mijamy kilku innych turystów, ale przeważnie jesteśmy zupełnie sami w nieograniczonej przestrzeni. W zasięgu wzroku nie ma żadnych zabudowań, ani ludzi. Siadamy przy samym szlaku, wyciągamy kuchenkę i robimy sobie podwieczorek jak w domu: kawa i ciasteczka. Przed nami zupełnie nieznane szlaki, więc snujemy domysły jak to będzie.

Przed 19 zaczynamy powoli szukać miejsca na namiot. Wiatr zaczyna dość mocno wiać, więc rozglądamy się za miejscem osłoniętym, a jednocześnie z miękkim podłożem, by nie uszkodzić podłogi namiotu. Niestety teren wokół, choć pofalowany, nie zapewnia niemal żadnej ochrony przed wiatrem.

Do tego rosną tu wszędzie same krzewinki o gęstych i ostrych gałązkach, więc nie jest łatwo znaleźć coś sensownego. Gdy już myślimy, że oto świetne miejsce, to okazuje się, że jest podmokłe. Owszem, fajnie byłoby mieć blisko wodę, by mieć co pić i w czym się umyć, ale wolelibyśmy w niej nie pływać razem z namiotem.

W miarę dogodne miejsce znajdujemy dopiero przed 21 i zrobiło się wyraźnie chłodniej a do tego jeszcze wietrzniej, więc nie ma mowy o kąpaniu się. Po kolacji myjemy tylko zęby i idziemy spać, niezbyt szczęśliwi, bo przepoceni po kilku godzinach wędrówki. Miejsce, które wybraliśmy nie jest zbyt równe, więc nierówności w podłodze niwelujemy przez wpychanie ciuchów pod karimaty. Czas na pierwszą noc w norweskiej dziczy…

Podstawowe informacje:
Długość: 13,6 km
Przewyższenie: 460 m
Czas przejścia: 3 h 40 min. (nasz czas z postojami i rozbiciem namiotu 7 h 10 min.)
Trudność: łatwa, ale kilka fragmentów jest bagnistych i trzeba poszukać bardziej suchej ścieżki
Mapa:
Leave A Reply