Tegoroczny urlop postanowiliśmy spędzić na pograniczu Francji i Hiszpanii, chociaż tubylcy zapewne powiedzieliby, że byliśmy wyłącznie w Katalonii 😉 Przez 12 dni wędrówki od schroniska do schroniska pokonaliśmy około 200 km i 11 tysięcy metrów przewyższeń. Zbliżyliśmy się do granicy 3000 metrów, poznaliśmy drugi gatunek kozic górskich, obserwowaliśmy potężne sępy szybujące bez wysiłku tam, gdzie my mozoliliśmy się. Czasem nie widzieliśmy człowieka przez kilkanaście godzin, kiedy indziej uciekaliśmy przed ludzką gąsienicą. Choć czasem było ciężko i zastanawialiśmy się, co my tu robimy, przeżyliśmy wspaniałą przygodę, która na dobre zapadła w naszej pamięci. Zapraszamy Was na wędrówkę przez Pireneje Wschodnie!

Gdzie i jak jechać?
Po kilku pobytach w Alpach, zdecydowaliśmy się poznać inne góry. Kierując się bliskością z Luksemburga, przy analizie mapy, nasz wzrok spoczął na Pirenejach. Początkowo rozważaliśmy różne części tych gór, a ponieważ całe pasmo ma kilkaset kilometrów długości, jest w czym wybierać. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Pireneje Wschodnie z uwagi na warunki pogodowe i łatwość dojazdu. Ten fragment gór, pomimo sporej wysokości, jest wolny od śniegu już od czerwca, w przeciwieństwie do wyższych pasm centralnych. Ponieważ wybór terminu mieliśmy dość ograniczony, był to niebagatelny argument. Alternatywą byłoby udanie się do Kraju Basków, ale tam góry są znacząco niższe a bliskość Atlantyku gwarantuje częste mgły i deszcze.

Pierwszym planem była podróż pociągami, w końcu uwielbiamy ten środek transportu. Niestety przesiadka w Paryżu nie jest łatwa, bo trzeba by łapać metro między różnymi stacjami, a później czekałyby nas kolejne zmiany pociągów. Ostatecznym argumentem były koszty: bilety na samolot do Barcelony okazały się kilkukrotnie tańsze! Co więcej, w Pireneje Wschodnie można dojechać wprost z dworca głównego (Barcelona Saints). Przynajmniej teoretycznie. Akurat udało nam się trafić na połączenie remontów i burzy, która powaliła drzewo na tory. Musieliśmy czterokrotnie przesiadać się z pociągu na autobus i z powrotem a czas wydłużył się dwukrotnie 😉 No nic, chociaż było w miarę tanio.

Vall de Núria
Pierwszy dzień podróży zakończyliśmy w hotelu w Ribes de Freser u podnóża gór. Przyjechaliśmy po 22.00, więc było totalnie ciemno i góry zobaczyliśmy dopiero następnego rana. Przywitały nas całe w bieli. No dobra, nie całe, śnieg zaczynał się około 2500 m n.p.m., a pierwszego dnia nie mieliśmy przekroczyć 2200. Niemniej jednak poczuliśmy się oszukani: nasz przewodnik wydawnictwa Cicerone zapewniał, że śniegu, poza ewentualnymi resztkami w żlebach, nie będzie. Swoją drogą, tym razem zamiast planować podróż samodzielnie, większość naszej wędrówki bazowała na książce „Shorter Treks in the Pyrenees. 7 great one and two week circular treks„. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy czegoś nie pozmieniali 😉

Zanim rozpoczęliśmy wędrówkę, poszliśmy na łatwiznę chciałem pokazać Ani jak jedzie się koleją zębatą (ja miałem okazję przejechać się taką samą na Słowacji). W Ribes de Freser wsiedliśmy w pociąg, który za nas zrobił około 1000 metrów przewyższenia i zawiózł wprost do przepięknej doliny o nazwie Vall de Núria. Bilety nie były tanie, więc gdy dowiedzieliśmy się, że w cenie jest też wyciąg, którym możemy wjechać jeszcze wyżej, nie zastanawialiśmy się nad tym ani trochę i po chwili siedzieliśmy w gondoli.

W centrum doliny znajduje się sanktuarium, hotel oraz stacja narciarska – wszystko w jednym budynku. Pominęliśmy zwiedzanie tych obiektów, zakładając, że jeszcze wrócimy w to miejsce.

Camí dels Enginyers
W końcu rozpoczynamy wędrówkę! Na pierwszy ogień idzie Camí dels Enginyers, czyli Droga Inżynierów. Autor przewodnika przestrzegał, że to niebezpieczny szlak, prowadzący pośród klifów i przez groźne żleby, które mogą być jeszcze ośnieżone. Przed oczami stanęły mi wąziutkie ścieżki z Dolomitów, gdzie błędny krok może grozić lotem w dół przepaści. Dlatego przed udaniem się w Pireneje, szukaliśmy filmów i relacji z tego szlaku, i nic nie potwierdzało tych zapowiedzi.

Na żywo przekonaliśmy się jak bardzo przesadzone były przewodnikowe ostrzeżenia. W jednym miejscu wędrówkę ułatwiały dwie metalowe klamry, a krótki fragment był oporęczowany stalową liną – użyteczną prawdopodobnie tylko w czasie oblodzenia. Prawdziwe okazały się za to słowa opisujące piękno tego szlaku. To niesamowity początek wędrówki przez Pireneje Wschodnie! Droga Inżynierów kończy się w Refugi de Coma de Vaca, naszym pierwszym pirenejskim schronisku. Do obiektu dotarliśmy po porze obiadowej, ale udało nam się zamówić kanapki z omletem i przecierem pomidorowym (pycha!) i kawę podejrzanie podobną do rozpuszczalki.

Refugi d’Ulldeter
Nasz pierwszy górski nocleg zamówiliśmy w schronisku po drugiej stronie grzbietu, Refugi d’Ulldeter. By tam dojść, przemierzaliśmy wysokogórską dolinę, wędrując wzdłuż strumienia w towarzystwie mnóstwa kwiatów i stada kozic południowych (to inny gatunek niż kozice górskie znane z Alp czy Tatr!). Na koniec musieliśmy przejść przez przełęcz przekraczającą 2500 metrów, Coll de la Marrana. Na zejściu trafiliśmy na małe pole śnieżne, tuż powyżej kilkunastometrowego progu, ale pokonaliśmy je z łatwością, a gdy zrobiło się bezpieczniej, wykorzystaliśmy szansę, by porzucać się śnieżkami w środku czerwca 😉


Refugi d’Ulldeter ma klimat typowego górskiego schroniska, czuliśmy się więc doskonale. Natrafiliśmy na ciekawych ludzi: już na wejściu poznaliśmy Hiszpana, który już od kilku dni wędrował szlakiem GR 11 przez całe Pireneje. Natomiast kolację jedliśmy razem z Anglikiem mieszkającym w Stanach i niemieckim studentem, którzy już kilkukrotnie chodzili po tutejszych górach. Jak się później okazało, było to najbardziej międzynarodowe towarzystwo na jakie trafiliśmy przez dwa tygodnie. Nic więc dziwnego, że rozmawialiśmy aż do ciszy nocnej.

Następnego dnia, czekało nas przejście na francuską stronę granicy. Śniadanie w Refugi d’Ulldeter wydawało nam się wówczas nader skromne: chleb tostowy, dżem, salami i owsianka. Później okazało się, że we Francji jest gorzej: z tego i tak ubogiego menu zniknęło salami i pozostały same węglowodany.

Refuge Les Conques
Drugi dzień wędrówki miał być znacznie łatwiejszy: zaledwie 15 kilometrów przy 400 metrach przewyższenia. Nieśpiesznie poruszaliśmy się szerokim trawiastym grzbietem, nie wierząc, że tyle różnych gatunków goryczek może kwitnąć obok siebie. Ponownie trafiliśmy na duże stado kozic, które nie przejmowały się zbytnio naszą obecnością.

Patrząc w dal, góry wydają się być jałowe: pożółkła trawa i brązowo-szare kamienie. Nic nie wyróżnia się ponad nudną przeciętność. Jednak jeśli spojrzy się pod nogi, okazuje się, że Pireneje są pełne kwiatów. Chociaż jest ich tak wiele, ich intensywne kolory zupełnie giną w tej olbrzymiej przestrzeni. Świat zwierząt również nie jest nudny, spotykamy mnóstwo świstaków a ich gwizdanie słychać z daleka. Nie brakuje też śpiewu ptaków. Chociaż przez cały dzień natrafiamy na zaledwie garstkę innych ludzi, w takim towarzystwie przyrody nie czujemy się ani trochę samotni.

Drugi dzień wędrówki przez Pireneje Wschodnie kończymy w nowocześnie wyglądającym Refuge Les Conques. Na pierwszy rzut oka, schronisko wydaje się mieć wyłącznie ogromną salę jadalną. Okazuje się, że jedyny pokój (na około 20 osób) znajduje się w piwnicy 😉 Jako pierwsi goście, wybieramy najlepsze łóżka, bez kolejki bierzemy prysznic by resztę popołudnia spędzić na tarasie przy kawie (z kawiarki!) i książce.

Następnego dnia rozpoczynamy kolejny etap: Tour de Canigou, pięciodniową pętlę wokół świętej góry Katalonii. O tym napiszemy w kolejnym artykule! 🙂

Podstawowe informacje:
Dzień 1:
Długość: 15,7 km
Przewyższenie: 1050 m
Czas przejścia: 5 h 10 min.; nasz czas z postojami: 7 h 5 min.
Trudność: średnia
Mapa:
Dzień 2:
Długość: 15,1 km
Przewyższenie: 390 m
Czas przejścia: 3 h 50 min.; nasz czas z postojami: 6 h 30 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
Leave A Reply