W tym roku jeszcze nie byliśmy w Górach Sowich, więc postanowiliśmy to nadrobić. Chcieliśmy pokonać dość długą trasę, ze sporym przewyższeniem, natomiast woleliśmy uniknąć chodzenia po zmroku, więc cel musiał być blisko Wrocławia. Góry Sowie pozwalają na spełnienie wszystkich tych warunków, więc była to idealna opcja na spędzenie soboty. Pogoda zapowiadała się pięknie, zatem musieliśmy zajrzeć na jakąś wieżę widokową. Obecnie wieża Bismarcka na Wielkiej Sowie jest w remoncie, więc pozostała nam do wyboru Kalenica. Skoro już o remontach mowa, to fajnie jakby stalowa konstrukcja na Kalenicy również doczekała się remontu, ponieważ jej stan może budzić przerażenie 😉

Przełęcz Woliborska
Wycieczkę rozpoczęliśmy na wygodnym leśnym parkingu na Przełęczy Woliborskiej. Jest tam kilkanaście miejsc parkingowych, a nieco poniżej, od strony Wrocławia, są jeszcze dwa inne parkingi. Startując z tego miejsca, mieliśmy przed sobą dłuższą drogę na Kalenicę, niż gdybyśmy zaczęli z Przełęczy Jugowskiej. Z drugiej strony, nie było problemów z zaparkowaniem samochodu, a ludzi na szlaku spotykaliśmy niewielu.
By dojść na Kalenicę z Przełęczy Woliborskiej, wystarczy podążąć czerwonym szlakiem a doprowadzi on prosto na szczyt. Nam zależało na pokonaniu dłuższej trasy, więc planowaliśmy odbić ku północy czarnym szlakiem. Ale od rana nic nie było takie, jakie być powinno. Najpierw oszukała nas pogodynka. Prognoza zapowiadała słoneczny dzień na Kalenicy, a tymczasem wzdłuż grzbietu ustawił się wał fenowy. Po jednej stronie gór było „mleko” a po drugiej, na przedgórzu, było zupełnie słonecznie.

Kolejną niespodzianką były liczne powalone drzewa. Faktycznie ostatnio były wichury, ale nie spodziewaliśmy się aż tylu przeszkód na szlaku. Gdy skierowaliśmy się na czarny szlak, okazało się, że trwają na nim prace leśne – być może usuwali właśnie te wiatrołomy. Nie chcieliśmy pchać się między drwali, więc zawróciliśmy i kawałek dalej skręciliśmy na szlak zielony.
Zygmuntówka
Zielony szlak doprowadził nas na dno dolinki, gdzie docierało słońce, a wiatr nie sięgał. Zamiast wędrować w chmurach, mogliśmy cieszyć się ostatnimi dniami jesieni. Wprawdzie liście buków już dawno opadły, ale utworzyły one ogromne brązowe „dywany”. W promieniach słońca przybierały miedzianą barwę, która kontrastowała z szarą korą buków. Jak okiem sięgnąć, cały las był dwukolorowy: szaro-miedziany.

W takich warunkach wędrowaliśmy kilka kilometrów, niekiedy zapadając się w bukowe liście po kostki. Wtedy też musieliśmy iść niezwykle ostrożnie, bo pod brązową pokrywą czaiły się gałęzie i kamienie, o które łatwo byłoby się przewrócić albo skręcić nogę. Szczególnie uciążliwe było podejście na Przełęcz Jugowską, na którym opadłych liści było najwięcej. Co ciekawe, pomimo obniżonej prędkości i postojów na zdjęcia, pokonaliśmy ten odcinek jakieś 30% szybciej niż wskazywał na to drogowskaz PTTK.
Po dojściu na przełęcz przeraziliśmy się liczbą samochodów zaparkowanych po obu stronach drogi. Setki turystów musiały wybrać się w Góry Sowie tego dnia, chociaż do tego momentu spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Wystraszyliśmy się, że nie będzie gdzie usiąść w schronisku, a zbliżała się już pora obiadowa. Zygmuntówka ma dość ciekawe menu jak na polskie schronisko. Ania wybrała zupę soczewicową, a ja chaczapuri adżarskie. Zupa była super, natomiast chaczapuri sprawiało wrażenie jakby nie było robione na miejscu. Placek był gorący, ale ser w środku był zimny. Trochę tak, jakby było podgrzane w mikrofali. Taki-sobie obiad zrekompensowała pyszna kawa z włoskiej kawiarki, która zdecydowanie przebija schroniskowe standardy!

Kalenica
Po posileniu się, weszliśmy na czerwony szlak prowadzący na Kalenicę i dowiedzieliśmy się, gdzie są ci wszyscy turyści, którzy zaparkowali na przełęczy. Okazało się, że ten fragment naszej trasy to popularne miejsce spacerowe. Po kilku godzinach na pustym szlaku było to dla nas niemałym szokiem. Humor poprawiała nam polepszająca się pogoda. Chociaż dalej wisiały nad nami niskie chmury, to zdarzały się przejaśnienia.

Właśnie na takie przejaśnienie trafiliśmy na szczycie Kalenicy. Dzięki temu mogliśmy porobić trochę zdjęć z wieży widokowej, na którą się wdrapaliśmy, choć mieliśmy duszę na ramieniu. Stalowa konstrukcja obiektu pokryta jest w mniejszej części szarą farbą, a w większej rdzą. Blachy, z których zrobione są stopnie i podesty, wyginają się przy każdym kroku. Uczciwie możemy powiedzieć, że to naprawdę najstraszniejsza wieża widokowa w Sudetach. Taki stan wieży utrzymuje się już od lat, więc równie dobrze to może być „nic takiego” i postoi bez remontu jeszcze długo, jak i może oznaczać, że pewnego dnia któraś blacha nie wytrzyma i komuś stanie się krzywda.

Po zejściu z wieży planowaliśmy jeszcze dojść do Jugowa, by zrobić dodatkowe kilometry, ale dzień już powoli zmierzał ku końcowi. Dlatego nieco skróciliśmy tę pętlę, by wrócić na czerwony szlak prowadzący na „nasz” parking. Na ostatnich kilometrach zupełnie się już rozpogodziło i podziwialiśmy zachodzące słońce, które rzucało piękne pomarańczowe światło na las, którym szliśmy. Z samego parkingu mogliśmy już obserwować jak przybrało czerwoną barwę tuż przed zachodem.

Podstawowe informacje:
Długość: 23,9 km
Przewyższenie: 1300 m
Czas przejścia: 7 h 25 min. (nasz czas: 8 h z postojami i obiadem)
Trudność: łatwa
Dojazd: samochodem
Mapa:
Leave A Reply