Po zakończeniu przejścia Tour du Canigou, skierowaliśmy się na zachód, przez kilka dni podążając słynnym GR 10. To długodystansowy szlak łączący wybrzeże Atlantyku z Morzem Śródziemnym, prowadzący wyłącznie po terytorium Francji. Dla osób hiszpańskojęzycznych ciekawszym wariantem będzie GR 11, bliźniaczy szlak po drugiej stronie granicy. Przez te kilka dni wędrówki pokonaliśmy zaledwie niewielką część szlaku, ale zdążyliśmy zauważyć różnicę między nim a innymi częściami Pirenejów. Jeszcze w kwestii nazewnictwa: we Francji wyznaczono kilkadziesiąt szlaków długodystansowych o skrótowej nazwie GR i numer. Pełna nazwa to sentier de grande randonnée.
Nasz artykuł o szlaku Tour du Canigou jest tutaj >KLIK<

Refuge de Mariailles – Mantet
Ilekroć sam planowałem wycieczki wielodniowe, zawsze dążyłem do tego by nocować w schroniskach, dla ich unikalnej atmosfery. Gdy nie było to możliwe, korzystaliśmy z pensjonatów. Na GR 10 po raz pierwszy poznaliśmy kategorię noclegów gîte d’étape (czyt. żit detap) będących połączniem pensjonatu ze schroniskiem. Naszym pierwszym tego typu noclegiem był Gîte la Cavale, składający się z zaledwie dwóch pokojów 4-osobowych w budynku stadniny koni. Zanim do niego dotarliśmy, musieliśmy pokonać pierwszy odcinek szlaku.

Zaraz po wyjściu ze schroniska zaczynamy tracić wysokość idąc równolegle z uregulowanym strumieniem do złudzenia przypominającego maderską lewadę. Na Maderze byliśmy akurat w marcu tego roku, ale jeszcze o niej nie pisaliśmy 😉 Wkrótce jednak rozstaliśmy się ze strumieniem, a coraz niższa wysokość zapowiadała brak jakichkolwiek widoków. Długodystansowe szlaki, by umożliwić uzupełnianie zaopatrzenia, co jakiś czas prowadzą wędrowców do dolin i cywilizacji. To z reguły nudne odcinki, ale niezbędne, by nie dźwigać kilogramów jedzenia ze sobą. Nam taki fragment trafił się na samym początku, co nam odpowiadało, bo również liczyliśmy na możliwość kupienia owoców i innych przekąsek. Niestety, jedyny sklep w miejscowości Py był zamknięty. Dlaczego? Nie wiem. Według opinii Googla, nikt nie wie, kiedy ten sklep działa, a kiedy nie. Takie uroki bycia monopolistą na końcu świata.


Z topniejącymi zapasami orzechów i batoników musieliśmy rozpocząć mozolne odrabianie straconej wysokości i pokonać niemal 1000 metrów przewyższenia w dusznej i gorącej pogodzie. W wędrówce towarzyszyły nam liczne motyle i jaszczurki urozmaicając ten niezwykle nudny dzień. Gdy dotarliśmy na Col de Mantet, przełęcz górującą nad wioską o tej samej nazwie, usiedliśmy w trawie i rozkoszowaliśmy się widocznymi w końcu górami. Niestety, słońce tak paliło, że nie wytrzymaliśmy dłużej i zeszliśmy na nocleg. W tym małym obiekcie dostaliśmy chyba najbardziej domowy posiłek na szlaku. Prosty, z lokalnych składników i bardzo smaczny.


Mantet – Refuge du Ras de la Carança
Nasz ósmy dzień dzień w Pirenejach miał być pierwszym naprawdę deszczowym. Prognoza zapowiadała ulewę w okolicach południa, ucieszyliśmy się więc, że trafiło na wyjątkowo „krótki dzień”. Do przejścia mieliśmy zaledwie 10 kilometrów. Początkowo rozważaliśmy wydłużenie wędrówki i pokuszenie się o dojście do kolejnego noclegu. Jednak w takich warunkach zupełnie porzuciliśmy ten pomysł.

Mantet jest uroczą wioską na końcu świata, a ciasna kamienna zabudowa wygląda jakby nie zmieniła się od kilkuset lat. Jesteśmy naprawdę zauroczeni, ale gdy widzimy ogromną grupę turystów zbierających się do drogi, których widzieliśmy już dzień wcześniej, ruszamy niezwłocznie na szlak. Nad towarzystwo 30 Hiszpanów zdecydowanie przedkładamy ciszę i samotność. Pogoda zapowiada się nader salamandrowo. Duża wilgotność, chłód, pełne zachmurzenie i zapowiadany deszcz to to, co te słodziaki lubią najbardziej. Nie mylimy się: już po kilkudziesięciu minutach napotykamy prawdziwą pirenejską piękność.

Na przełęczy znajdujemy grupę skał, pomiędzy którymi wieje trochę mniej. Na wysokości 2200 m n.p.m. tego dnia jest wyjątkowo zimno, więc zjadamy ostatnie batoniki i na widok pełznącej w naszą stronę „ludzkiej stonogi” zrywamy się i ruszamy do schroniska. Refuge du Ras de la Carança znajduje się w odludnej okolicy, daleko od wszelkich dróg, a wyposażenie jest nader skromne. Jedna sala noclegowa, wychodek i potok zamiast prysznica 😉 Gdy docieramy na miejsce, rozpoczyna się ulewa. Trafiliśmy idealnie na czas.

Obsługa schroniska jest skonsternowana naszą obecnością. Chociaż dostaliśmy mailowe potwierdzenie, naszej rezerwacji ani łóżka nie ma. W ramach rekompensaty, dostajemy wielki namiot typu tipi, z piankowym materacem i zapasem wełnianych koców. Zamiast cisnąć się z ludzką stonogą, mamy potężny namiot tylko dla siebie! Jeszcze tylko wypluskać się w potoku (niczym w Norwegii 2 lata wcześniej), zjeść pyszną kolację (z kilkukilogramowych konserw!) i można spać.

Refuge du Ras de la Carança – Planès
Nasz przewodnik książkowy sugeruje kontynuowanie marszu aż do miejscowości Eyne, dużego kurortu narciarskiego. O tej porze roku to jednak niemal wymarłe miejsce i nie udaje nam się znaleźć tam żadnego noclegu. Zamiast tego, decydujemy się skrócić etap w Planès i zanocować w nowoczesnym gîte d’étape. Dzień rozpoczynamy od wdrapania się na przełęcz z pięknymi widokami. Ponad Coll Mitja bez przerwy krąży helikopter, czasem przelatując zaledwie kilkadziesiąt metrów nad nami, zakłócając idealną ciszę.

Grupa Hiszpanów musiała udać się w innym kierunku, bo więcej już ich nie widzimy. Chociaż GR 10 jest popularnym szlakiem, to są takie miejsca, gdzie nic na to nie wskazuje. W zasadzie, poza jednym pasterzem, żadnych ludzi tego dnia nie spotykamy. Co innego krowy, ich jest wyjątkowo dużo, również na samym szlaku. Na szczęście zachowują się spokojnie i nie towarzyszą im psy pasterskie.

Szlak nie jest wymagający, natomiast powrócił upał, więc znów męczymy się pogodą. Na nocleg dochodzimy wcześnie, dzięki czemu zajmujemy najlepsze łóżka 😉 Nie ma to jednak dużego znaczenia, gdyż oprócz nas jest zaledwie 3 innych turystów. Na kolację schodzi się jednak połowa miejscowości, bo lokalne stowarzyszenie ma jakąś imprezę. Jedzenia nie brakuje, więc z radością bierzemy dokładki.

Przy okazji zastanawiamy się, co robić kolejnego dnia, bo planowo powinniśmy dojść do Vall de Núria po hiszpańskiej stronie Pirenejów. Wypada jednak weekend i ceny noclegów są niemiłosiernie wysokie. Zamiast tego włączamy tryb spontaniczny i pozostajemy na GR 10, kontynuując marsz na zachód, bez jakiejkolwiek rezerwacji.

Planès – Refuge des Bouillouses
Tego dnia opuszczamy góry i schodzimy do niezwykle szerokiej doliny, którą będziemy wędrować przez większość dnia. Po prawej stronie dostrzegamy dorodną fortecę Mont-Louis, obecnie bazę oddziałów powietrzno-desantowych, zaś po lewej przepiękny kocioł lodowcowy, wyglądający jak potężna szczerba w trawiastych zboczach. Po drodze przechodzimy przez miejscowości a w nich dostrzegamy coś, czego nie widzieliśmy od niemal 10 dni: otwarte sklepy! Zaczynamy zastanawiać się, czy kupno zestawów piknikowych na noclegu to był dobry wybór.

Nasze wątpliwości kończą się w czasie przerwy: wypakowujemy sałatki, które okazują się potężne, pożywne i pełne świeżych warzyw. To był dobry wybór w cenie porównywalnej z marnymi schroniskowymi śniadaniami. Do tego jeszcze kiełbaski, i inne drobne przekąski, których starcza nam nawet na kolejny dzień.

Po łatwej niemal płaskiej części szlaku, wracamy w góry i podchodzimy w kierunku grupy górskich stawów: Estanys dels Esquits. Już po drodze orientujemy się, że trafiliśmy na atrakcję turystyczną. Mijamy dziesiątki ludzi ubranych raczej po „cywilnemu” niż górsko, chociaż w dalszym ciągu jesteśmy na GR 10. Gdy dochodzimy do pierwszego jeziora, już wiemy dlaczego. To miejsce jest zupełnie inne od Pirenejów, które widzieliśmy do tej pory. Jeziora są niesamowite, przypominają nam Skandynawię, a szczyty sięgające niemal 3000 metrów pokryte są śniegiem. A to dopiero początek! Jezior jest o wiele więcej i liczymy, że kolejnego dnia zobaczymy resztę.

Niestety, po dojściu do schroniska okazuje się, że jest już zapełnione. W drugim schronisku jest nie lepiej. Chociaż w okolicy jest jeszcze hotel, nie liczymy na cud i decydujemy się wrócić do doliny, w której jest camping. Namiotu nie mamy, więc ograniczeni jesteśmy do domku, ale wszystkie są zajęte. Do głowy przychodzi mi, że możemy spróbować wrócić na znany nocleg w Planès. Kursuje tam wąskotorówka, więc jeszcze tylko dzwonimy, czy są miejsca. „No są, ale akurat syn właścicieli ma urodziny, więc na kolację będą burgery – nie przeszkadza Wam to?”. A komu by burgery przeszkadzały?! No i jeszcze przejażdżka zabytkową wąskotorówką w cenie około 2 euro!
Gdybyśmy mieli namiot, moglibyśmy zanocować bezpośrednio nad jeziorami. Chociaż to obszar chroniony, biwak jest tam dozwolony. Dla osób pokonujących GR 10, noclegi pod namiotem to jedna z najlepszych opcji.
Podstawowe informacje:
7 dzień w Pirenejach:
Długość: 14,4 km
Przewyższenie: 900 m
Czas przejścia: 4 h 40 min.; nasz czas z postojami: 7 h 30 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
8 dzień w Pirenejach:
Długość: 10,3 km
Przewyższenie: 915 m
Czas przejścia: 4 h; nasz czas z postojami: 4 h 45 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
9 dzień w Pirenejach:
Długość: 15,3 km
Przewyższenie: 820 m
Czas przejścia: 4 h 40 min.; nasz czas z postojami: 6 h 15 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
10 dzień w Pirenejach:
Długość: 19,8 km
Przewyższenie: 780 m
Czas przejścia: 5 h 40 min.; nasz czas z postojami: 6 h 50 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
Leave A Reply