Po dwóch dniach wędrówki przez Pireneje Wschodnie, rozpoczęliśmy szlak Tour du Canigou prowadzący wokół świętej góry Katalończyków. Canigou (po katalońsku Canigó) to ogromny i urozmaicony masyw a najwyższy szczyt ma 2784 m wysokości. Chociaż szlak oryginalnie nie prowadzi przez ten wierzchołek, można łatwo zmodyfikować trasę by nie ominąć Canigou i my tak właśnie zrobiliśmy. Wędrówka ta zaplanowana jest na pięć dni a każdy nocleg można spędzić w schronisku. Dziennie odcinki mają od 15 do 21 kilometrów i maksymalnie 1200 metrów przewyższenia. Jest to zatem idealny szlak dla osób z górskim doświadczeniem, które chciałyby spróbować sił w wielodniowej wędrówce od schroniska do schroniska.

Les Conques – Sant Guillem
Nasz opis zaczynamy od schroniska Les Conques, ponieważ wędrówkę przez Pireneje zaczęliśmy wcześniej, a Tour de Canigou jest tylko częścią naszego planu. Natomiast, jest to jedno z dwóch schronisk, pod które można bezpośrednio podjechać samochodem. Drugie z nich to Refugi de Betera; do pozostałych trzech trzeba się przejść kawałek od parkingów.

Relację z dwóch pierwszych dni przeczytasz tutaj <- KLIK
Po nader ubogim śniadaniu w Refuge de les Conques/Xalet de les Conques (same węglowodany), ruszamy w drogę, zaczynając od łatwego i przyjemnego asfaltu. Już po chwili trafiamy na pierwszy wodospad a przy nim na pięknego dzikiego storczyka. Południowa część masywu Canigou jest o wiele bardziej wilgotna niż północna, więc zarówno kwiatów jak i strumieni tu nie brakuje. Akurat trafiliśmy na szczyt kwitnienia żarnowca, więc górskie zbocza są niemal zupełnie żółte. Te krzewy, popularne również w Polsce, doskonale przeciwdziałają erozji gruntu, więc ich obecność w Pirenejach jest mile widziana.

Przez pierwszą połowę dnia idziemy powoli, nabieramy wysokości, by w drugiej części zejść do zaledwie 1300 metrów, najniżej położonego schroniska na szlaku. Chociaż teren jest łatwy, wędrówka jest bardzo męcząca. Najwidoczniej to „syndrom trzeciego dnia” – z jakiegoś powodu, na wielodniowych wycieczkach zawsze mamy kryzys dokładnie po dwóch dniach marszu. Czwarty dzień też jest ok, tylko ten trzeci to masakra.

Początkowa wędrówka ponad morzem chmur zamienia się w chodzenie we mgle. Poczucie odosobnienia potęguje brak turystów oraz wybranie starego wariantu szlaku. Przebieg trasy zmienił się kilka lat temu, więc poprzednia ścieżka zdążyła nieco zarosnąć i jest gorzej widoczna. Po dojściu do schroniska rzucamy się na tartę z fenkułem w ramach podwieczorku, a na kolację dostajemy cudowną bœuf bourguignon, specjał kuchni francuskiej! W czasie posiłku mamy okazję wytłumaczyć francuskim przewodnikom górskim (sic!), że w Polsce są góry i że w czerwcu nie są zasypane śniegiem.

Sant Guillem – Batère
Po kolejnym nędznym śniadaniu przestajemy się dziwić, że niektórzy turyści wychodzą na szlak w ogóle go nie jedząc. Dzisiejszy profil wysokościowy jest bardziej urozmaicony i czeka nas kilka podejść liczących łącznie 1100-1250 metrów, zależnie od mapy. Ostatnie z nich jest najbardziej strome i nieźle daje w kość.

Wczorajsza mgła już zniknęła i wędrujemy przy pięknej pogodzie. Dzięki temu mamy fenomenalne widoki – widać nawet Morze Śródziemne – ale pełne słońce grzeje z wielką mocą i robi się gorąco. Znów towarzyszą nam ogromne połacie żarnowca, ale więcej jest też gołoborzy, które musimy przekraczać przechodząc po kołyszących się kamieniach. W takich warunkach jeszcze bardziej doceniamy pomoc kijków trekkingowych.

Tym razem nie tylko nie spotykamy turystów, ale również nie widzimy żadnego tubylca przez cały dzień marszu. Jesteśmy zupełnie sami. No, nie licząc kozic, ptaków i motyli. Ich nigdy nie brakuje 😉 Spotykamy też kilka krocionogów, którymi jestem o wiele bardziej zafascynowany niż Ania. Na koniec dnia, na ostatnim podejściu natykamy się na dorodne, kwitnące na biało, storczyki. Przypominam sobie, że wyglądają trochę jak podkolany białe, które ponoć ładnie pachną, więc kucam (z 10 kilogramowym plecakiem to niełatwe), zaciągam się i… przekonuję się jak cudownie one pachną. Ania, początkowo nieufna (po ponad 1000 metrów przewyższenia naprawdę nie chce się zginać kolan by powąchać kwiatek), też jest zachwycona i porównuje zapach do lilii.


Nocleg spędzamy w Refuge de Batère/Refugi de Betera, schronisku utworzonym w dawnym budynku mieszkalnym dla pracowników kopalni żelaza. Jeszcze w okolicach roku 2000 wydobywano tu rudę, więc zachowało się sporo budowli. Niestety, wszystkie obiekty (w tym sztolnie) zostały zamknięte lub zamurowane, także nie da się ich pozwiedzać.

Batère – Cortalets
Kolejnego dnia, naszym celem było Refuge de Cortalets, schronisko dość stare, bo zbudowane w 1945 roku na miejscu obiektu z końca XIX wieku. To największy a zarazem najbardziej popularny obiekt noclegowy na trasie Tour du Canigou i w czasie naszej całej wędrówki przez Pireneje. Nic dziwnego, położony jest najbliżej szlaku na szczyt świętej góry. Po raz pierwszy mieliśmy problem z rezerwacją i dostaliśmy odpowiedź, że będziemy mogli przenocować co najwyżej w innym budynku, w którym nie ma łazienki. Nie zrażeni tym, decydujemy się kontynuować marsz.

Początkowo przechodzimy przez górniczą osadę i mijamy liczne sztolnie i hałdy, by wkrótce przejść przez grzbiet oddzielający północną część masywu Canigou od południowej. Powoli zmienia się krajobraz, las liściasty ustępuje miejsca iglakom a zamiast żarnowca, zbocza porastają połacie rododendronów. Szczególnie przyjemny jest niemal zupełnie płaski kilkukilometrowy odcinek szlaku znajdujący się częściowo w cieniu. Niestety nic nie trwa wiecznie i w końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Temperatura i słońce są męczące, ale ilość kwiatów i motyli to rekompensuje. Co więcej, po raz pierwszy w życiu trafiamy na niepylaki apollo! To wyjątkowo rzadkie a zarazem piękne i duże motyle, moje największe entomologiczne marzenie 😉


Końcówka wędrówki mija nam na ponad 500-metrowym podejściu w pełnym słońcu. Po pokonaniu tego odcinka, zamiast dostać nagrodę w postaci pięknych widoków, wchodzimy do środka chmury i obserwujemy przesuwające się języki mgły. W takich warunkach dochodzimy do schroniska i na recepcji dowiadujemy się, że jednak mamy miejsca w głównym budynku schroniska. Nie ma jednak tak łatwo, bo okazuje się, że nasz pokój jest zajęty. Po drugiej wizycie na recepcji dostajemy inny pokój: dwójkę, tylko dla nas! Kto by się tego spodziewał po schronisku, które niby jest pełne 😉

Na szczyt Canigou
Tour du Canigou poprowadzony jest wokół góry i nie przewiduje wejścia na sam szczyt. Szkoda nam byłoby ominąć wierzchołek mający 2784 metry wysokości, więc porzucamy trawers i kierujemy się na Pic du Canigou. Główny szlak nie przedstawia żadnych trudności technicznych, jest natomiast bardzo wietrznie, więc w trakcie podejścia zakładamy dodatkową warstwę ubrań i ciepłą czapkę/buffa.


Całkiem szybko stajemy na szczycie, na którym umieszczony jest ładny duży krzyż. Tego dnia jest wystrojony kwiatami a wokół leży suche drewno. Dzień wcześniej, w czasie kolacji, dowiedzieliśmy się od Katalończyków, że w ramach celebracji ich narodowego święta, krzyż podpala się a wzniecony ogień roznosi się po całej Katalonii, niczym ogień olimpijski.

Po krótkiej serii zdjęciowej rozpoczynamy zejście, a żeby nie nudzić się przy powtarzaniu tej samej drogi, decydujemy się na szlak prowadzący przez Komin (La Cheminée). Swojego czasu był tam wyznaczony szlak, jednak z uwagi na ryzyko spadających kamieni został on zamknięty a niemal wszystkie oznaczenia są usunięte. Mimo to, wariant ten jest chętnie wybierany przez turystów, chociaż nasz książkowy przewodnik sugerował, żeby tą drogą raczej podchodzić, niż schodzić.

Komin nie jest technicznie trudny, skały mają układ schodkowy, jest więc mnóstwo stopni i chwytów. Natomiast jest bardzo stromo (jak na drabinie), a ślady postępującej erozji są wszędzie, więc żałujemy, że nie mamy kasków. Żałujemy też trochę, że znaleźliśmy się w tym miejscu, ale to tylko przelotne uczucie, bo niżej komin przechodzi w coraz bardziej łagodny żleb.


Po zakończonym emocjonującym zejściu z Canigou, wędrujemy przez uroczą, szeroką dolinę, obserwując delikatnie ośnieżone szczyty na horyzoncie. W ich kierunku udamy się już za kilka dni, tymczasem naszym dzisiejszym celem jest Refuge de Mariailles/Refugi de Marelles. Francuska nazwa jest o tyle dziwna, że żaden z napotkanych turystów do końca nie wie jak to się wymawia, a nawet sama obsługa schroniska żartuje sobie z tego. Tym razem, oprócz wędrowców natrafiamy na sporą grupę wspinaczy, bo tutejsza okolica obfituje w piękne wapienne ściany. Na zakończenie dnia idziemy jeszcze obejrzeć zachód słońca.


Co dalej?
Od Refuge de Mariailles, Tour du Canigou prowadzi na południe do schroniska les Conques by zamknąć pętlę. Nasza droga jest jednak inna, ponieważ chcemy wrócić do Vall de Nuria, skąd wyruszyliśmy na wędrówkę. W tym miejscu porzucamy szlak, którym szliśmy przez 4 dni i zaczynamy poruszać się długodystansowym GR 10 w kierunku Atlantyku. Ale o tym będzie w kolejnym artykule 🙂

Podstawowe informacje:
Dzień 1 Tour du Canigou / 3 dzień w Pirenejach:
Długość: 20,9 km
Przewyższenie: 670 m
Czas przejścia: 5 h 30 min.; nasz czas z postojami: 8 h 40 min.
Trudność: łatwa
Mapa:
Dzień 2 Tour du Canigou / 4 dzień w Pirenejach:
Długość: 17.8 km
Przewyższenie: 1250 m
Czas przejścia: 6 h; nasz czas z postojami: 8 h 45 min.
Trudność: średnia
Mapa:
Dzień 3 Tour du Canigou / 5 dzień w Pirenejach:
Długość: 14.8 km
Przewyższenie: 1110 m
Czas przejścia: 5 h 15 min.; nasz czas z postojami: 7 h 20 min.
Trudność: łatwa, ale bodaj w dwóch miejscach idzie się blisko przepaści
Mapa:
Dzień 4 Tour du Canigou / 6 dzień w Pirenejach:
Długość: 13.2 km
Przewyższenie: 620 m
Czas przejścia: 4 h; nasz czas z postojami: 6 h 10 min.
Trudność: trudna, zejście Kominem jest niebezpieczne
Mapa:
Leave A Reply