Po pokonaniu naszych dwóch pierwszych, łatwych ferrat, zapragnęliśmy spróbować naszych sił na trudniejszej drodze. Nocując w paśmie Rax, mieliśmy do wyboru kilka interesujących szlaków, ale tylko Hans von Haidsteig oferował idealny poziom trudności. Przynajmniej tak wówczas myśleliśmy. Zainteresował nas również jej opis: piękne widoki, nietypowe drabinki i kilka wymagających fragmentów. Ten opis przewodnika faktycznie się sprawdził, w przeciwieństwie do informacji o wycenie trudności. Według tabliczki przy szlaku, jest to droga nieco trudniejsza, niż według przewodnika Csaby Szepfalusiego, którym się posługiwaliśmy. Zamiast C (w skali A-F, gdzie A jest najłatwiejsze), musieliśmy walczyć na drodze wycenionej na C/D, czyli pół poziomu wyżej.

Dojście do ferraty
Wyprawę rozpoczęliśmy na względnie niewielkim i ciasnym parkingu powyżej miejscowości Prein an der Rax. Chociaż wygląda on niepozornie, po powrocie okazało się, że można tam zmieścić o wiele więcej samochodów, niż nam się wydawało. Od tego miejsca szlak prowadzi początkowo szeroką leśną drogą, by po kilkuset metrach wejść w las. Byliśmy jednak leniwi i zamiast wędrować stromym szlakiem, pozostaliśmy na szutrowej drodze. Wprawdzie jest dłuższa, ale łagodniejsza. Do tego, doskonale z niej było widać ścianę, z którą mieliśmy się zmierzyć.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc musieliśmy skręcić na mniej wygodny zielony szlak a następnie na czerwony (ale inny, niż ten, którym zaczęliśmy wędrówkę). Po około dwóch kilometrach i pokonaniu czterystu metrów przewyższenia urządziliśmy krótki postój przy źródełku. Dalej, aż do szczytu nie ma już wody, więc warto skorzystać ze źródła i uzupełnić zapasy. Pokonawszy kolejne pół kilometra, stanęliśmy przed ogromną ścianą, po której prowadziła nasza wymarzona ferrata.

Na ferracie Hans von Haidsteig
Pod ścianą założyliśmy sprzęt, uzupełniliśmy kalorie i płyny, i byliśmy gotowi na przygodę. Pierwsze metry ferraty nie mają żadnych sztucznych ułatwień oprócz stalowej liny, do której się wpinaliśmy. Gdy nie było dobrych chwytów, również trzymaliśmy się jej rękoma, podobnie jak na tatrzańskich łańcuchach. Początek jest dość łatwy, więc mogliśmy się rozgrzać. Ciekawie zrobiło się na pierwszej, dość oryginalnej, drabince. Zamiast standardowej drabiny, to konstrukcja ze stopniami ułożonymi naprzemianlegle, jak na słupach telefonicznych. Poruszanie się po czymś takim wymaga lepszego poczucia równowagi niż zwykła drabina, zwłaszcza, że brakowało jednego lub dwóch stopni.

Szczególnie ciekawe miejsce, chyba najtrudniejsze na tej drodze, to kilkunastometrowy komin, zwężający się ku górze. Wspinaczka w takim miejscu wymaga nieco innych umiejętności. Warto rozpierać się rękami i nogami polegając na sile tarcia i nie wchodzić zbyt głęboko w komin. Ja popełniłem ten błąd na kursie wspinaczkowym, a Ania właśnie na tej drodze. Gdy jest się zbyt blisko końca szczeliny, może zdarzyć się tak, że najlepsze chwyty będzie się miało za plecami. Jest to szalenie niewygodne i sprawia wrażenie, jakby wspinało się w przewieszeniu na o wiele trudniejszej drodze. W takiej sytuacji lepiej się cofnąć na sprawdzone chwyty, a następnie spróbować odsunąć się od szczeliny. Wtedy nagle robi się dużo prościej, a kolejne stopnie i chwyty widać jak na dłoni.

Po pokonaniu komina, czekały na nas jeszcze długie trawersy po płytach przeplatanych wąskimi półkami porośniętymi trawą. Miejscami płyty są tak gładkie, że jedyne oparcie dla rąk zapewniała nam stalowa lina. Na jednej z kępek trawy wyrastających na tej olbrzymiej ścianie, dojrzeliśmy pierwsze szarotki alpejskie – prawdziwy symbol wysokich gór. Ja je wprost uwielbiam a Ania zobaczyła je wtedy pierwszy raz, więc byliśmy wniebowzięci!

Powrót
Po ukończeniu ferraty Hans von Haidsteig stanęliśmy na olbrzymim płaskowyżu. Pasmo Rax, w porównaniu do polskich gór, najbardziej przypomina Karkonosze, gdzie strome ściany odgradzają płaskie obszary porośnięte kosodrzewiną i trawą. Po niełatwej wspinaczce, gdy zobaczyliśmy łany zielonej trawy, od razu zrzuciliśmy plecaki i położyliśmy się, dbając by nie przygnieść żadnego kwiatka, których rosło tam bez liku. Wśród nich, były kolejne szarotki!

Po takim wysiłku burczało nam już w brzuchach, więc skierowaliśmy się do najbliższego schroniska – Neue Seehütte. Nie mam stuprocentowej pewności, ale wydaje mi się, że wjechała zupa gulaszowa, a znając nas, na obiedzie się nie skończyło, jeśli w ofercie był Apfelstrudel, czyli alpejska wersja szarlotki 😉

Naturalnie nie chcieliśmy wracać do samochodu tę samą drogą, dlatego zdecydowaliśmy się na zejście żółtym szlakiem wiodącym wpierw między kosodrzewinami a później przez las. Po drodze mogliśmy podziwiać piękną ścianę, którą dane było nam tego dnia pokonać. Spotkaliśmy również samotną kozicę, która dopełniła ten piękny alpejski krajobraz.

Podstawowe informacje:
Długość: 9 km
Przewyższenie: 875 m
Czas przejścia: 5 h 15 min. (według przewodnika „Ferraty Alp Austriackich” Szepfalusiego)
Trudność: ferrata Hans von Haidsteig: C wg przewodnika, C/D wg tabliczki przy ferracie i D wg Bergsteigen. Naszym zdaniem droga jest technicznie łatwiejsza niż opisana przez nas ferrata Nonnensteig w Górach Łużyckich, choć jest od niej znacznie dłuższa
Dojazd: samochodem
Mapa:
Leave A Reply