Przepiękna wczorajsza pogoda rozbudziła w nas marzenia. Liczyliśmy na piękny wschód słońca obserwowany z namiotu i poranną kąpiel w pobliskim jeziorze. Oczywiście nie tak, żeby w nim pływać, ale żeby móc chociaż normalnie się umyć. Marzenia rozwiały się już w trakcie nocy. Wczoraj namiot rozstawiliśmy tak, by był chroniony od wiatru z trzech stron. Niestety, już około północy kierunek podmuchów się zmienił właśnie na ten jedyny niezabezpieczony. Nowy kierunek wiatru przyniósł również opady, więc wkrótce do dźwięku wyginanego stelażu doszło bicie deszczu o tropik. W takich warunkach nie chciało się nam nawet głowy z namiotu wychylić, a słońca i tak nie byłoby widać. Jak w takich warunkach zmusić się do marszu? No nie jest łatwo…

Samomotywacja
Jeśli pracujecie w korpo, tak jak my, zapewne wielokrotnie słyszeliście o wychodzeniu ze strefy komfortu. Z reguły polega to na tym, że przez osiem godzin, albo więcej, trzeba robić nudne rzeczy, żeby mieć czym opłacić rachunki. Nie chcemy, żeby ktoś uznał nas za jakichś pożal się Boże kołczów. Ale pojęcie wychodzenia ze strefy komfortu nigdy nie było bardziej aktualne, niż w czasie wypełzania z ciepłego śpiworka w targanym wiatrem i deszczem namiociku, żeby w tych nieludzkich warunkach atmosferycznych zrobić siku 😉 Zaś, co do mycia się w jeziorze, to samo myślenie o tym bolało.

Po takiej eskapadzie najchętniej byśmy z powrotem zakokonili się w śpiworkach, ale trzeba też zjeść śniadanie. Ciepła owsianka i kawa rozgrzewają nas na tyle, że powoli myślimy o składaniu namiotu. Zaczynamy od spakowania do plecaków śpiworów i ubrań, którymi wyrównywaliśmy posłanie a następnie wystawiamy je do przedsionków. Teraz pozostaje rzecz trudniejsza – namiot. Składa się go w dokładnie odwrotnej kolejności, niż rozstawia: czyli najpierw tropik, a potem sypialnia. Nie możemy tego niestety zrobić, bo po zdjęciu wodoodpornej warstwy, deszcz zaleje naszą sypialnię i jutro będziemy spać w mokrym. Zamiast tego, zaczep po zaczepie zmieniamy kolejność wpięcia sypialni i tropiku do stelaża, żeby zapobiec zalaniu tej pierwszej. Idzie to zaskakująco sprawnie i wkrótce jesteśmy już gotowi do wymarszu.

Na szlaku
Wędrówka nie idzie nam tak dobrze jak wczoraj, bo pada, jest chłodno i widoki też nieciekawe. Szlak jest miejscami podmokły i musimy chodzić po wystających kamieniach, bo błoto jest czasami bardzo głębokie. Kijki potrafią się w nim zapadać nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

Po drodze płoszymy pardwę z małymi. Ptaki dosłownie uciekają nam spod nóg. Nakrapiane niewielkie pisklaki szybko rozbiegają się i znikają w krzewinkach, zaś ich mama odprowadza nas w innym kierunku. Zamiast się schować, stara się być jak najbardziej widoczna. Staje na kamieniach i woła zwracając na siebie uwagę. Zgodnie z jej intencją, schodzimy ze szlaku i idziemy za nią, by nie płoszyć młodych. Gdy podchodzimy bliżej, odlatuje spory kawałek i chowa się w krzewinkach. Natura jest cudowna!

Górski krajobraz powoli zmienia się na spokojniejszy, pofalowany, ale bez wyraźnych gór. Teren robi się też coraz bardziej podmokły. Na bagnistych teren jest za to o wiele więcej kwiatów. Chociaż są niewielkich rozmiarów, to ich kontrastowe kolory zwracają na nie uwagę. W dalszym ciągu wokół nas ciągnie się nieskończona przestrzeń. Spotykamy też jeszcze kilka pardw, ale już bez młodych.

Kalhovd
Decydujemy się zmienić nasz początkowy plan zakładający spanie wyłącznie w namiotach. Wczoraj nie udało nam się wykąpać a przy tej pogodzie mamy jeszcze mniejszą ochotę na mycie w strumieniu czy jeziorze. Na szczęście, przy naszym szlaku znajduje się duże schronisko turystyczne Kalhovd, które według mapy jest całoroczne i ma obsługę. Już cieszymy się na czekający nas prysznic.

Jako środek doraźny, morale podtrzymujemy niewielkimi deserami zjadanymi na postojach. Albo domowe batoniki musli, albo jakieś ciasteczko, byle tylko było słodkie. Miejsca postojów też staramy się wybierać tak, żeby był ładny widok. Chociaż nie pada zbyt często, to gęste chmury i wiatr sprawiają, że nie jest zbyt przyjemnie. Nie udało nam się też póki co trafić na źródełko, więc wodę bierzemy ze strumyków. Dla pewności dodajemy do niej chloru, przez co jest zupełnie bezpieczna dla nas, ale jest równie intensywna, co woda z basenu.

Schronisko Kalhovd okazuje się być jednak samoobsługowe, ponieważ jest poza sezonem. Lato zaczyna się dopiero za tydzień, więc załoga już przyjechała, ale dopiero przygotowuje obiekt dla gości. Czynny jest tylko jeden z budynków, który wprawdzie ma prąd, ale nie ma wody. Trzeba ją sobie przynieść z jeziora. Do picia, po potraktowaniu chlorem i po zagotowaniu się nadaje, ale znów nie możemy wziąć prysznica. Teoretycznie można byłoby wziąć wiadro do łazienki, ale są zamknięte a kanalizacja odłączona. Kąpiel w jeziorze też odpada, bo okolice Kalhovd są trochę bardziej popularne i spotykamy kilka osób. No nic, znów idziemy brudni spać, ale chociaż będzie ciepło w nocy. Chwilę do nas do schroniska przybywa para starszych osób na rowerach i grupa młodzieży.
Podstawowe informacje:
Długość: 14,5 km
Przewyższenie: 400 m
Czas przejścia: 3 h 30 min. (nasz czas z postojami: 7 h 15 min.)
Trudność: łatwa, ale teren jest jeszcze bardziej bagnisty niż wczoraj
Leave A Reply