Szwecja urzekła nas swoimi krajobrazami i dziką przyrodą. Wycieczka po wybrzeżu jeziora Vänern spodobała nam się tak bardzo, że zdecydowaliśmy się na jeszcze jedną wędrówkę po regionie Västra Götaland. Tym razem naszym celem nie jest największe jezioro Szwecji, tylko pojezierze składające się z wielu niewielkich zbiorników położonych w lesie. Dzień zapowiada się bardzo ładnie, a nawet upalnie, więc z radością schowamy się przed słońcem pośród drzew i blisko wody.

Łątka dzieweczka
Szlak zaczyna się w Östad
Nasz plan na następne dni to przejazd na południe Szwecji, w okolice Ystad, skąd wypływa nasz prom powrotny na Rugię. Moglibyśmy to zrobić w ciągu jednego dnia, ale szkoda spędzać tyle czasu w samochodzie, więc drogę dzielimy na kilka etapów połączonych ze zwiedzaniem okolicy. Na pierwszy dzień Ania znalazła szlak-pętlę po pojezierzu w okolicach wioski Östad. Samochód zatrzymujemy pod miejscowym boiskiem i tuż przy parkingu jest tablica z mapą trasy i jej opisem.

Ruszamy przez miejscowość, oglądając wypasione wiejskie domy. Ogromne, zadbane, z przystrzyżonymi trawnikami – wydają się być drogie i prestiżowe. Po około kilometrze w końcu wchodzimy do lasu. Trasa początkowo nas nie zachwyca, las jak las, tylko łubinu więcej niż w Polsce. Ale na niepozornym rozwidleniu decydujemy się by odbić w stronę pobliskiego jeziora i Ania jest wprost wniebowzięta.

Pośród jezior
Jezioro, nad które przychodzimy, jest zupełnie dzikie. Wzdłuż brzegów rosną lilie wodne i grążele, a w powietrzu krążą ważki różnych wielkości i kolorów. Jest nawet ławeczka, na której jemy drugie śniadanie, co jakiś czas strącając z ubrań ciekawskie mrówki. Ja cieszę się, że w końcu mam ze sobą teleobiektyw, chociaż ptaki są dość płochliwe. Mnie jezioro nie zachwyca aż tak, jak Ani, bo do podobnych widoków przywykłem w czasie dzieciństwa, gdy spędzałem z rodziną wakacje nad polskimi pojezierzami. Niemniej jednak, jest tutaj naprawdę przepięknie i zdecydowanie bardziej dziko, niż w naszym kraju.

To dopiero pierwsze jezioro, a wzdłuż trasy jest ich kilka i wszystkie są tak samo urokliwe. Radość z wędrowania w tak pięknym rejonie zmniejsza wysoka temperatura i duszne powietrze. Wszystko podpowiada nam, że dziś będzie burza. Próbujemy znaleźć balans między cieszeniem się przyrodą, szybkim tempem (by błyskawice nie zastały nas w polu) i możliwościami organizmu, który nie cieszy się z upału i duchoty.

Okazuje się, że szlak nie zawsze prowadzi szeroką leśną drogą, ale również wąziutkimi ścieżkami na szerokość jednej osoby. Co więcej, teren jest dość mocno pofalowany a podchodzenie nawet na niewielkie pagórki jest w tych warunkach dość męczące i pot z nas spływa strumieniami. W połowie drogi trafiamy na myśliwską ambonę, która z początkowo niezrozumiałego powodu wydaje się być bardzo dziwna. Zatrzymuję się i gapię się by pojąć, co z nią jest nie tak. Gdy fragment ambony się obraca, dociera do mnie, że siedzi na niej ogromny ptak. Wyciągam rękę i wyduszam z siebie do Ani: „orzeł”! W tej chwili ptaszysko zrywa się i po chwili przelatuje powyżej nas, ukazując swoje imponujące rozmiary. Dopiero gdy odleciał, przypominam sobie, że pod ręką miałem aparat z zamocowanym teleobiektywem. Byłem tak zaskoczony, że nawet nie pomyślałem, żeby go sfotografować…

Burza nadchodzi
Wkrótce słyszymy pierwsze odległe grzmoty, więc pomimo dojmującego upału przyspieszamy. Dopiero teraz napotykamy naprawdę wypasione domy w środku lasu. Wędrujemy leśną drogą przez niewielkie osiedle z potężnymi chawirami. Nie dziwimy się. Jest tu tak pięknie, że sami chcielibyśmy tak mieszkać. Tylko w zdecydowanie skromniejszym domu, żeby było mniej powierzchni do sprzątania i gromadzenia gratów.

Szlak odbija od wygodnej drogi i prowadzi nas ścieżynką między paprociami. Chociaż ciągle słyszymy burzę i zaczyna siąpić deszcz, cieszmy się tym uroczym szlakiem. Wydaje się, że zaraz lunie, więc chowamy aparaty, wyciągamy kurtki i po chwili kropienie ustaje. W tym upale nie sposób iść w gore-texie, więc znów się rozbieramy, by po chwili ponownie przećwiczyć ten scenariusz z dokładnie takim samym efektem.

W końcu wygląda na to, że już ulewa nas nie ominie, ale jesteśmy blisko samochodu. Jesteśmy tak spoceni, że spadający deszcz wydaje się być cudowny. Ania mówi, że wie, jakie będą konsekwencje, ale nie chce zakładać kurtki, bo tak przyjemnie jest czuć ochłodę od kropli wody.

Burza rozkręca się na całego
W pewnym momencie potężny grzmot rozlega się tuż nad nami. Rozglądamy się, w co trafiło i dopiero wtedy uświadamiamy sobie, że wyszliśmy spomiędzy drzew i mamy pustą przestrzeń dookoła. Najbliższe drzewa i budynki jakieś 200-300 metrów od nas. Nie czujemy się komfortowo w tych warunkach a grzmi cały czas głośno, ale po chwili wchodzimy między budynki, słupy energetyczne i inne obiekty, które są wyższe od nas.
Jesteśmy przemoczeni, a deszcz jeszcze się wzmaga i zaczyna się nam robić zimno. Ulewa jest potężna i po ulicy, do studzienek, płyną strumienie wody. Gdy dochodzimy do auta, okazuje się że parking jest pełny, bo ludzie przyjechali na mecz. Ale w tych warunkach piłkarze i tak nie grają, tylko pochowali się pod dachem.

W strugach deszczu przerzucamy suche ubrania z bagażnika do środka i w mokrych ciuchach pakujemy się do samochodu. Niełatwo się przebrać z mokrych, lepiących się ubrań w tak ciasnej przestrzeni, a mi jeszcze zaparowują okulary i nic nie widzę. Gdy uporaliśmy się z przebraniem, okazuje się, że buty też mamy totalnie przemoczone, co dopełnia katastrofy.
Na pocieszenie na koniec dnia, po przyjeździe na camping, otrzymujemy widok na piękną podwójną tęczę o zachodzie słońca, a na drzewie, pod którym rozbiliśmy namiot, ucztuje rodzina modraszek wesoło popiskując.

Podstawowe informacje:
Długość: 17,1 km
Przewyższenie: 270 m
Czas przejścia: 4 h (nasz czas z postojami: 5 h 20 min.)
Trudność: łatwa
Mapa:
Leave A Reply