Przez Val de San Vido wiedzie szlak Marmarole Runde – w zależności od wybranego kierunku, będzie to etap początkowy, bądź końcowy. Podobnie jak o wielu miejscach w masywie Marmarole, trudno znaleźć o niej informacje w Internecie. Jest to o tyle dziwne, że dolina Val de San Vido jest przepiękna, łatwo dostępna i zachwyca swoimi wodospadami. Żeby ją zobaczyć, nie trzeba robić całego szlaku Marmarole Runde. Można wybrać się do tej doliny na jeden dzień, na przykład łącząc ją z sąsiednimi ferratami. Nasz cel był jeden: dostać się nią do Rifugio San Marco na nocleg.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o szlaku Marmarole Runde, którym szliśmy, koniecznie sięgnij do naszego artykułu o nim.

Ku wodospadom
Wspaniałą rzeczą w Dolomitach jest to, że jest naprawdę dużo przydrożnych parkingów, albo zatoczek, na których można zostawić auto. Nie inaczej było w tym przypadku. Wędrówkę zaczynamy przy moście Ponte degli Alberi. Z uwagi na prace budowlane parking był zamknięty, ale na poboczu drogi było miejsce na kilkanaście samochodów. Początkowo idziemy spokojnie leśną drogą, lecz po około 20 minutach wchodzimy na wąską ścieżkę wiodącą wgłąb doliny. Narastający szum wody sugeruje bliskość potoku. Jakże zdumieni jesteśmy wychodząc wprost na cudowny wodospad.

Zaraz za wodospadem szlak zaczyna gwałtownie się wznosić. Zbocze jest na tyle strome, że dla ułatwienia szlak poprowadzono zakosami. Pomimo tego udogodnienia i pochmurnej pogody jest naprawdę ciężko. Nic dziwnego, bo plecaki mamy załadowane zapasami jedzenia i wody.
Po stromym podejściu wchodzimy w dużo przyjemniejszy trawers i wędrujemy dalej wąską leśną ścieżką. Im dalej idziemy, tym lepiej słyszymy szum wody. W dole widzimy całkiem spory strumień, więc zakładamy, że to jego sprawka. Gdy wychodzimy z lasu, okazuje się, że strumień spływa z wyższych partii doliny licznymi kaskadami – cieszymy się tym niesamowitym widokiem.

Potok jest wprawdzie piękny, duży i tworzy dziesiątki kaskad. Ale szum wody, który słyszymy, zdaje się być zdecydowanie za głośny. W myślach zastanawiamy się, czy to strome ściany doliny tak rezonują dźwięk.
Nie jest to jednak myśl, którą można rozważać godzinami, zwłaszcza, że w naszych brzuszkach zaczyna burczeć i trzeba zatrzymać się na drugie śniadanie. Tylko gdzie usiąść, jeśli ścieżka jest szeroka na jedną osobę? W zasadzie moglibyśmy na środku szlaku, ponieważ nie spotkaliśmy żywej duszy od ponad dwóch godzin. Wolelibyśmy jednak usiąść w spokojnym miejscu, gdzie moglibyśmy delektować się widokiem i kanapkami ze speckiem.
W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się potężny wodospad, składający się z dwóch kaskad, o wysokości kilkudziesięciu metrów. Chociaż Ania była na Islandii, gdzie wodospady są niesamowicie piękne, również jest pod wrażeniem tego, co widzimy. Musimy zatrzymać się w miejscu, z którego będziemy mogli go podziwiać.

Górne partie Val de San Vido
Zatrzymujemy się zaraz po przejściu przez wodospad – tak, naprawdę trzeba przekroczyć strumień między mniejszymi kaskadami tworzącymi wodospad – możecie z resztą spojrzeć na tytułowe zdjęcie, to właśnie to przejście 😉
Dobrze, że wykorzystaliśmy moment na zjedzenie drugiego śniadania. Nie tylko mogliśmy podziwiać ten cud natury, ale również przygotowaliśmy się do kolejnego stromego podejścia. Szlak robi się coraz bardziej męczący, więc raz po raz zatrzymujemy się dla zaczerpnięcia oddechu, wody z bukłaka i rozejrzenia się po dolinie.
Po raz pierwszy tego dnia, zza chmur wygląda słońce – jest jeszcze piękniej!

Po pokonaniu bardziej stromego fragmentu szlaku wchodzimy na około 2000 m n.p.m. Szlak jest już bardziej płaski i wije się między kosodrzewinami ku Wielkiej Przełęczy (Forcella Grande). Gdy wychodzimy z kosodrzewiny, nawigowanie się komplikuje, ponieważ oznaczone są dwie różne ścieżki. Wybieramy prawą i po jakimś czasie okazuje się, że kiedyś może szlak tędy prowadził, ale teraz go tam na pewno nie ma. Wiedząc, że szlak musi być gdzieś na lewo od nas, kierujemy się na wyczucie, trochę w lewo, trochę w kierunku przełęczy i szybko trafiamy na dobrze widoczną i oznaczoną ścieżkę, którą wchodzimy na przełęcz.

Alpejska flora
Wkrótce po przekroczeniu przełęczy trafiamy na pierwsze szarotki alpejskie. Wyglądaliśmy za nimi przez cały wyjazd i spotkaliśmy je dopiero na ostatniej wycieczce. Dzielę się z Anią swoją obserwacją na temat szarotek, że występują gromadnie albo wcale. Na tym szlaku jest dokładnie tak samo, po obu stronach szlaku znajdujemy kępki tych cudownych kwiatów.
Szarotki są naprawdę niesamowitym kwiatem. Gdyby rosły na łące, nikt by na nie zwrócił uwagi, bo byłyby przytłoczone wielkimi kolorowymi kwiatami. Ale w warunkach alpejskich, czy tatrzańskich, rosną w miejscach, gdzie niemal żadne inne kwiaty nie rosną. Często wyrastają po prostu spomiędzy połaci luźnych kamieni i zachwycają swoją wolą przetrwania jak i delikatnością kwiatów.

Napotkane szarotki są promieniem radości na tym niezbyt ciekawym szlaku, kruchym i stromym. Schodzimy bardzo uważnie, żeby nie sturlać się po kamieniach do nieprzyjemnie wyglądającego żlebu.
Jak się okazuje, szlak w pewnym momencie schodzi właśnie do żlebu i od środka nie wygląda on wcale przyjemniej, wręcz przeciwnie. Szczęśliwie, nie jest on trudny technicznie, z reguły jest sucho, a najtrudniejsze fragmenty są zabezpieczone stalową liną.
Niesamowicie głodni schodzimy do schroniska, z obawami, czy będzie dla nas miejsce (bo rezerwacji nie robiliśmy) i nadzieją, że będzie.
W Rifugio San Marco niestety nie ma dla nas miejsca, ale mają pyszną zupę fasolową, którą błyskawicznie wciągamy. Tymczasem właściciele, słysząc, że chcemy przejść Marmarole Runde, robią w naszym imieniu rezerwację w kolejnym schronisku, oddalonym o godzinę drogi, a dodatkowo także na kolejny nocleg, żebyśmy nie musieli się martwić o miejsce! Dobroć ludzi gór jest niesamowita! 🙂
Alpejska fauna
Chociaż jesteśmy zmęczeni a godzina późna (mija 18), nie mamy innego wyboru jak dojść do schroniska Rifugio Galassi położonego za kolejną przełęczą (dla odmiany nazwaną „Małą” – Forcella Piccola). Szlak wiedzie początkowo łatwym trawersem – poruszamy się szybko, bezpiecznie i sprawnie.
Moglibyśmy narzekać na brak miejsc i na COVID-19, z powodu którego schroniska mają ograniczoną liczbę miejsc. Ale myślimy pozytywnie, cieszymy się pięknymi widokami i grą promieni słonecznych przebijających się przez chmury i wyrywkowo oświetlających dolinę na prawo od szlaku. Wtem moją uwagę przykuwa coś po lewej stronie…

Na zboczu powyżej nas pasło się stado kilkunastu koziorożców alpejskich. Widzieliśmy je po raz pierwszy w życiu. Są to niesamowite zwierzęta, wielkości jelenia, więc o wiele większe, niż znane nam kozice górskie. Potężne rogi dodają im majestatu i sprawiają groźne wrażenie. Jak się okazuje, rogów tych koziorożce używają na przykład do tego, żeby… podrapać się po grzbiecie 😉
Moglibyśmy tam stać i podziwiać je w nieskończoność, ale słońce powoli chylące się ku zachodowi przypominało nam, że powinniśmy się spieszyć do schroniska, jeśli chcemy jeszcze zjeść kolację.
Podejście na przełęcz nie było tak strome jak wcześniejsze fragmenty szlaku, ale po całym dniu marszu nie było nam łatwo się na nią wdrapać. Szczęśliwie, z przełęczy do schroniska była już krótka i łatwa droga w dół.
Podstawowe informacje:
Długość: 14,1 km
Przewyższenie: 1475 m (wg zegarka Suunto, podlinkowane Mapy.cz zdecydowanie zawyżają)
Czas przejścia: 5 h 45 m; nasz czas z postojami: 8 h 30 m
Trudność: trudna
Dojazd: samochodem, autobusem
Mapa:
Leave A Reply