Gdy mowa o vie ferratach w Czesko-Saskiej Szwajcarii, na myśl przychodzi od razu Děčín. To zdecydowanie najbardziej znana miejscówka, z wieloma zróżnicowanymi drogami i do tego łatwo dostępna. Jednak w tym rejonie jest więcej żelaznych perci i są one położone w ciekawszych miejscach. Zamiast wspinać się na jednej skale w mieście, można pokonywać liczne skałki w centrum parku narodowego. Są dwa minusy takiego rozwiązania. Po pierwsze, na miejscu nie ma wypożyczalni, więc trzeba mieć własny sprzęt, albo pożyczyć w Děčínie. Po drugie, najbliższy parking jest drogi (8 euro niezależnie od czasu parkowania), ale można zacząć kawałek dalej, gdzie postój nie kosztuje nic. Naszym zdaniem Via ferrata Häntzschelstiege to doskonały wybór, bo oprócz sporej dawki adrenaliny, oferuje niesamowite widoki 🙂

Na skały
Mając do wyboru płatny i bezpłatny parking, oczywiście wybieramy ten drugi, nawet jeśli oznacza dłuższe dojście do głównej atrakcji. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór, ponieważ pierwszy fragment szlaku biegł malowniczymi polami, z których doskonale widać było charakterystyczne dla Gór Połabskich piaskowcowe skały.

Zieleń rosnących zbóż kontrastowała z odległymi szarymi skałami oraz bielą kwitnących drzew. Nad nami wesoło śpiewały skowronki, nieruchomo zawisając w powietrzu. Ach! Nie ma to jak wczesno-wiosenny urlop!

Początkowo nasza droga biegła w dół ku dolinie Kirnitztal, co oznaczało, że powrót do samochodu będzie pod górę. Plan wycieczki nie przewidywał jednak wygórowanej sumy przewyższeń, więc nie stanowiło to żadnego problemu. Gdy opuściliśmy pola uprawne i weszliśmy do lasu, krajobraz uległ znaczącej zmianie. Zamiast pełnej życia przestrzeni, otaczał nas martwy las. Jak okiem sięgnąć, dookoła stały suche świerki, z których opadała kora. Było jej tak dużo, że pokrywała całą powierzchnię ziemi. Nawet nie musieliśmy oglądać wyżłobionych na niej krętych korytarzy, by wiedzieć, że za wszystko odpowiada kornik.

Po dotarciu do doliny zauważyliśmy… nadjeżdżający tramwaj 😉 Trochę się tego spodziewaliśmy, ponieważ dzień wcześniej widzieliśmy je w Bad Schandau, skąd kursują przez całą Kirnitztal. Dla osób, które wybrały ten kurort jako miejsce wypadowe, to musi być świetne rozwiązanie. Tramwaje te mają jednak pewną wadę. Może to być trudne do wyobrażenia, ale są jeszcze głośniejsze niż te wrocławskie! (Mamy nadzieję, że chociaż wykolejają się rzadziej). Ich skrzypienie na zakrętach słychać z wielu kilometrów!

Z doliny czekało nas jeszcze podejście pod skały. Nie jest wymagające, natomiast w pewnym momencie trzeba zejść ze szlaku na zupełnie nieoznakowaną ścieżkę. Co prawda są drogowskazy po drodze, ale nie wymieniają one nazwy ferraty. Dlatego najlepiej posługiwać się mapą lub nawigacją (polecamy aplikację Mapy.cz).

Via ferrata Häntzschelstiege
Przed wyruszeniem w drogę nie tylko należy zebrać drużynę (to już uczyniliśmy), ale również spożyć kanapki. Usiedliśmy pod skałami, na których mieliśmy rozpocząć kolejną przygodę i „delektowaliśmy” się smakiem czeskiego salami. W trakcie konsumpcji dostrzegłem w oddali domy i samochody i uznałem, że to może być nasz parking. Po założeniu teleobiektywu, okazało się, że mam rację! Jakieś dwa kilometry od nas, stało nasze autko. Ucieszyło nas, że pod naszą nieobecność nie pojechało na żadną wycieczkę 😉 Po ukończeniu kanapek założyliśmy sprzęt i ruszyliśmy przed siebie.

Początkowo droga prowadziła po drewnianych drabinkach, co było przyjemną rozgrzewką przed wspinaczką. Pierwszy fragment drogi w skale nie jest w żaden sposób ubezpieczony, natomiast trudność jest wyceniana na 1-, co nie stanowi najmniejszego problemu. Ten kawałek jest dość krótki, bo na wysokości 2-3 metrów znajduje się już pierwsza klamra, do której można się wpiąć. Via ferrata Häntzschelstiege jest o tyle ciekawa, że czasem zamiast stalowej liny są dostępne tylko i wyłącznie klamry. Ich środkowy fragment jest dość gruby, ale boki, którymi są zamontowane w skale, są wystarczająco wąskie, by wpiąć karabinek. Początek jest chyba najtrudniejszy technicznie a droga prowadzi po ukosie, więc warto pokombinować z właściwym ustawianiem nóg.

Via ferrata Häntzschelstiege w połowie drogi oferuje piękne punkty widokowe oraz możliwość zejścia na „zwykły szlak” lub na drugą żelazną perć: Zwillingsstiege. Lepiej wybrać jednak kontynuację dotychczasowej drogi, by dalej wspinać się w górę, a nie w dół.

Czas na jeszcze więcej widoków
Nagłówek może być nieco zwodniczy, bo zanim pojawią się widoki, trzeba wejść do głębokiej szczeliny. Jest w niej na tyle wąsko, że plecaki z przymocowanymi po bokach kijkami szorowały o ściany. Po chwili robi się więcej przestrzeni, chociaż jeszcze przez kilkadziesiąt metrów pozostaje się między skałami.

Początkowo droga prowadzi po klamrach, ale później zaczyna się drabinka, wzdłuż której nie ma żadnej możliwości asekuracji. Komfort jest jednak zdecydowanie większy niż na słynnych drabinkach z Orlej Perci – konstrukcja jest nowa i stabilna a i psychicznie jest łatwiej, bo nie ma wokół przepastnych urwisk 😉 Po drabince czeka na wspinaczy kolejny ciąg klamr ubezpieczonych liną, co bardzo się przydaje, bo piaskowiec nie oferuje wygodnych uchwytów.

Po kilku minutach spędzonych między skałami, panorama rozciągająca się z wierzchołka budzi prawdziwy zachwyt. A to jeszcze nie koniec widoków! Chociaż stalowa lina się skończyła, dalej jest jeszcze kilka ciekawych fragmentów, w tym część ubezpieczonych.

Szczególnie zapamiętamy szczelinę głęboką na około 20 metrów i szeroką na pół metra, nad którą trzeba przejść. Nie dość, że nie ma tam asekuracji, to skały po obu stronach są obłe i brakuje dobrych chwytów. Na pocieszenie mogę dodać to, że szczelina się zwęża ku dołowi, więc nie da się spaść na dół, bo prędzej się człowiek z plecakiem zaklinuje 🙂 Zgodnie z polskim przysłowiem, nie taki diabeł straszny jak go malują, więc pokonanie tej przeszkody nie jest technicznie trudne i naprawdę wystarczy jeden długi pewny krok. Na sam koniec jest jeszcze mostek nad nieco szerszą szczeliną i zaczyna się las.

I jeszcze więcej skałek
Chociaż po pokonaniu ferraty najbardziej emocjonujący fragment się skończył, w dalszym ciągu można liczyć na skałki i widoki. Bardzo nam się spodobał punkt widokowy Carolafelsen, który był chyba najbardziej popularnym miejscem, jakie odwiedziliśmy w górach w trakcie tego wyjazdu. Oczywiście w dalszym ciągu to nie taki tłok jak w topowych atrakcjach Czesko-Saskiej Szwajcarii, bo zgromadziło się około 10 osób, ale i tak byliśmy zdziwieni.

W to miejsce można dostać się nie tylko przez Häntzschelstiege, ale również łatwiejszymi szlakami. Są dwie możliwości wejścia na Carolafelsen po przejściu ferraty. Albo wygodnym szlakiem naokoło, albo wąską ścieżynką na przełaj. To drugie rozwiązanie nie jest zbyt wygodne, więc na poniższej mapce zasugerowaliśmy dłuższe, lecz pewniejsze obejście.

Po wykonaniu odpowiedniej ilości zdjęć, zeszliśmy z punktu widokowego i znaleźliśmy się na szlaku Malerweg, którego innym fragmentem już wędrowaliśmy. Po raz kolejny „droga malarzy” udowodniła, że jej nazwa jest nieprzypadkowa.
Więcej o Malerweg możecie przeczytać tutaj: >KLIK<

Dookoła były piękne skały a szczególnie wyróżniała się Malá Pravčická Brána (Kleines Prebischtor), która jest naturalnym piaskowcowym mostem.

Pod bramą rośnie przepiękny buk, którego korzenie tworzą niesamowity wzór. Dalsze zejście jest dość strome i przez kilka metrów prowadzi tuż nad przepaścią, więc trzeba zachować ostrożność, ale później droga jest już łatwa. Wkrótce dotarliśmy do rozejścia szlaków, skąd wcześniej odbiliśmy na via ferratę Häntzschelstiege i ostatni etap drogi z powrotem na parking był już nam znany.

Podstawowe informacje:
Długość: 13,5 km
Przewyższenie: 560 m
Czas przejścia: 4 h (z uwagi na piękne widoki warto zaplanować o wiele więcej czasu, nam ta droga, wraz z postojami, zajęła 7 h 25 min.)
Trudność: trudna (via ferrata wyceniana na B)
Dojazd: samochodem
Mapa:
Via ferrata Häntzschelstiege topo dostępne w serwisie Bergsteigen
Leave A Reply