No ładnie – najpierw pisali o alkoholu w górach, a teraz o podziemnym wietrze. Coś podejrzanie to wygląda… Tak, jest to podejrzane, dziwne i niespotykane, aby z wnętrza góry wydobywał się wiatr. A jednak tak rzeczywiście jest, o czym przekonaliśmy się na własne oczy. To tajemnicze miejsce napotkaliśmy zupełnie przypadkiem, wcześniej o nim nic nie wiedząc. Dlatego wycieczka po Górach Kamiennych, którą tu proponujemy, to nie tylko szczeliny wiatrowe (tak się te twory oficjalnie nazywają), ale również inne atrakcje: szczyty i wieża widokowa.
Wieża widokowa na Dzikowcu
Wycieczkę rozpoczynamy w Boguszowie-Gorcach. Samochód możemy zostawić na parkingu pod wyciągiem narciarskim na zboczach Dzikowca, albo nieco bliżej miasta, przy cmentarzu, skąd jest bliżej do szlaku. Do Boguszowa-Gorców można też przyjechać pociągiem – w takim wypadku można wejść na Dzikowiec mniej stromym szlakiem i zamiast domykać pętlę, wrócić pociągiem z Witoszowa.

Pierwszy kilometr szlaku jest spokojny i pozwala na lekką rozgrzewkę przed dużo bardziej stromym podejściem na grzbiet Dzikowca. Niebieski szlak nosi imię „Weteranów Turystyki” i ta nazwa zobowiązuje. Wejście na Dzikowiec to seria zakosów, które nieco pomagają pokonać niełatwe podejście. Podejście jest energiczne, ale dość krótkie a po wydostaniu się na podłużny grzbiet góry, jest już łatwiej, chociaż ciągle pod górę. Na szczycie Dzikowca jest drewniana rampa, która jest punktem startowym dla rowerzystów na trasie single-track. Rampa jest jednocześnie wiatką turystyczną, w której można usiąść na ławeczce i zjeść drugie śniadanie.

Po posileniu się, ruszamy w dół i po chwili schodzimy ze szlaku na wydeptaną ścieżkę wiodącą ku wieży widokowej. Wieża znacząco przewyższa okoliczne drzewa, pozwalając na podziwianie rozległej panoramy – o ile trafi się na dobrą pogodę a to nam się nie udało.
Po zejściu z wieży ruszamy dalej niebieskim szlakiem przez szczyty Sokółki i Stachonia. Chociaż te góry nie są tak strome jak Dzikowiec, na zejściach mamy niewielkie problemy z utrzymaniem równowagi na wyślizganym śniegu. Na ten szlak warto wziąć ze sobą raczki – to koszt około 100-150 zł, a mogą uratować przed wywrotkami.
Szczeliny wiatrowe
Przed szczytem Lesistej Wielkiej trafiamy na okazałą tablicę informującą, że ścieżką w prawo dojdziemy do szczelin wiatrowych. Ta nazwa nam nic nie mówi, ale dosłownie przed chwilą rozpogodziło się. Niebo zrobiło się kobaltowe, śnieg zaczął się skrzyć od promieni słonecznych i byliśmy tak zachwyceni przyrodą wokół, że szczeliny wiatrowe, czymkolwiek by nie były, uznaliśmy za doskonały pretekst do przedłużenia wycieczki.

Po około 200 metrach dotarliśmy do ogrodzonej dziury w ziemi opatrzonej tablicą z informacją turystyczną. Dziura, jak dziura: na dnie były widoczne skały a w nich szczelina. Ale interesujące było to, że chociaż wszędzie wokół było około 20 centymetrów śniegu, to w dziurze go nie było, chociaż logika podpowiadała, że powinno go być tam nawet więcej. Gdzie więc on się podział?

Odpowiedzi na to pytanie udzieliła po części tablica informacyjna, a po części inne opracowania turystyczne. Chociaż góry kamienne mają częściowo budowę wulkaniczną, to nie wulkanizm jest źródłem ciepła. Wulkany wygasły miliony lat temu i pozostawiły po sobie specyficzną strukturę skał: te twardsze, pochodzenia wulkanicznego, znalazły się nad bardziej miękkimi. Gdy te miękkie zaczęły erodować, twarde skały nad nimi straciły pewne punkty oparcia i również zaczęły pękać tworząc liczne i długie szczeliny. Mówiąc konkretnie: cały system szczelin skalnych, na tyle rozbudowany, że przepływa przez niego powietrze. Zimą, powietrze zasysane w dole zbocza przepływa przez górę i ogrzewa się do tego stopnia, że wypływając na górze roztapia śnieg. Dzięki temu zimą jest szczególnie łatwo wypatrzeć te szczeliny, bo wokół nich nie ma śniegu. Ponadto, przy dużych mrozach (oraz upałach), zjawisko przybiera na sile do tego stopnia, że wypływający wiatr powoduje słyszalne buczenie.
Tyle teorii. A praktyka? Te szczeliny są pomnikiem przyrody, są ogrodzone, więc można je tylko pooglądać. Ale szczelin wiatrowych jest wiele w okolicach Lesistej Wielkiej oraz Lesistej Małej – niektóre z nich są zaznaczone na Mapy.cz, a obok niektórych z nich wiedzie nasz dalszy szlak.

Szczeliny wiatrowe w praktyce
Po powrocie na szlak wchodzimy na płaski szczyt Lesistej Wielkiej. Znajduje się tam kolejna wiata turystyczna, w której można odpocząć i przekąsić małe co nie co. To najwyższy punkt naszej wędrówki oraz tej części Gór Kamiennych, ale ze szczytu nie ma żadnych widoków.
Kończymy naszą wędrówkę szlakiem niebieskim i wchodzimy na szlak żółty wiodący ku Lesistej Małej. Po drodze mijamy punkty widokowe – w zasadzie niewielkie polanki, z których widoczne są Góry Suche, w tym Waligóra, pod którą znajduje się nader popularne schronisko Andrzejówka. Chociaż to tylko kilka kilometrów, pod Andrzejówką są setki turystów, a my w ciągu całego dnia spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób.

Podczas schodzenia z Lesistej Małej natrafiamy na brązowe łaty ziemi, głazów i gnijącej roślinności zupełnie pozbawione śniegu a w powietrzu unosi się specyficzny ziemisty zapach. Od razu zastanawiamy się, czy to nie są wyloty innych szczelin wiatrowych, bo tablica turystyczna informowała, że jest ich tutaj więcej. Faktycznie w niektórych miejscach dostrzegamy ziejące czernią otwory między skałami. Zupełnie jak w horrorze, niewiele myśląc, wsadzamy do nich ręce. Nie tylko nic nam rąk nie odgryzło, ale również mogliśmy na własnej skórze poczuć ich działanie. Dłonie owiewał nam jednostajny podmuch ciepłego powietrza. Zarówno ruch powietrza, jak i różnica temperatur były bardzo wyraźne. Jest to tak dziwne i nienaturalne uczucie, że eksperyment powtarzamy kilkukrotnie w różnych miejscach. To zjawisko jest tak bardzo wyjątkowe, że nigdy o nim nie słyszeliśmy. Tym bardziej jest to ciekawe, że w Górach Kamiennych byliśmy wielokrotnie i wydawało nam się, że dobrze je znamy.

Powrót
Po zejściu z Lesistej Małej trafiamy do Unisławia Dolnego. Możemy stamtąd wrócić pociągiem przez Wałbrzych do Wrocławia, albo kontynuować wędrówkę do Boguszowa Gorców. Niestety w Unisławiu nie ma chodników, a szlak prowadzi drogą krajową. Na szczęście pobocza są szerokie, więc jest w miarę bezpiecznie. W Unisławiu opuszczamy szlak żółty i dalej idziemy szlakiem czarnym, który kawałek za stacją kolejową odchodzi od drogi.

Idąc między polami uprawnymi, warto obrócić się i przyjrzeć Stożkowi Wielkiemu, który wygląda jak wulkan górujący nad Unisławiem. Góra ta faktycznie ma wulkaniczną historię, więc to wrażenie jest jak najbardziej uzasadnione. Wkrótce pola uprawne ustępują miejsca drzewom i wchodzimy w las. Jest to najmniej fascynujący fragment naszej wędrówki, ale szlak jest łatwy i szeroki. Dzięki temu możemy szybko kierować się ku naszemu zaparkowanemu samochodowi. Jeśli auto zostawiliście tak, jak my, pod cmentarzem, zamiast iść przez miejscowość, możecie na granicy lasu skręcić w lewo. Jest tam szeroka droga leśno-polna, przebiegająca nieco inaczej niż na czeskich mapach. Droga zaczyna się w pobliżu oznaczonego wzniesienia Rusztemberg. Odległość jest taka sama jak na mapce poniżej, ale chyba przyjemniej iść przez las, niż między domami.

Jeśli wybraliście pociąg, to trzeba pozostać jeszcze przez moment na czarnym szlaku. W miejscowości trzeba odbić albo na stację Boguszów-Gorce (trochę dalej, ale z tego, co pamiętam, zatrzymuje się tam więcej pociągów) albo Boguszów-Gorce Wschód.
Podstawowe informacje:
Długość: 16,8 km
Przewyższenie: 780 m
Czas przejścia: 5 h (nasz czas w warunkach zimowych z odpoczynkami: 7h 50 m)
Trudność: średnia; zimą trudna, rekomendowane raczki lub raki
Mapa:
Leave A Reply