Góry jesienią są przepiękne. Po prawdzie, góry piękne są zawsze, ale każda pora roku jest wyjątkowo cudowna na swój własny sposób. I ta jesień, która w mieście jest przygnębiająca, mglista i deszczowa, w górach błyszczy i oczarowuje swoimi kolorami. Szczególnie piękne są lasy liściaste i żeby je zobaczyć wybraliśmy się w Góry Sowie nad prawdziwie jesienne Jezioro Bystrzyckie.

Jesienny raj
Góry Sowie, w dużej mierze porośnięte bukowym lasem, jesienią stają się wielobarwnym „dywanem”. Już sama trasa z Wrocławia zapewnia niesamowite wrażenia i pozwala się delektować żółtymi, pomarańczowymi i czerwonymi odcieniami przebarwiających się drzew. Jest jednak z Górami Sowimi pewien problem: są niesamowicie popularne i tłoczne. Ale to tylko pierwszy rzut oka.

W rzeczywistości, w Górach Sowich napotkamy tłumy tylko przy największych atrakcjach: na szczycie Wielkiej Sowy, nad brzegiem Jeziora Bystrzyckiego czy na twierdzy w Srebrnej Górze. Wystarczy jednak zejść z utartych szlaków, by cieszyć się spokojem i dziką naturą.
Ani marzyło się jesienne Jezioro Bystrzyckie, jednak z uwagi na jego popularność i ograniczoną pojemność parkingów, zdecydowaliśmy się zaparkować z dala od niego i przespacerować się w obie strony innymi szlakami. Do takiego celu idealnie nadaje się Glinno, niewielka miejscowość położona wśród malowniczych wzgórz.

Jest przepięknie
Akurat w momencie, gdy dojechaliśmy na parking, wał chmur znad Wielkiej Sowy rozlał się po całym niebie. Chociaż nie było już tak cudownego światła, jak podczas podróży samochodem, to kolorowe liście drzew dzielnie podtrzymywały klimat złotej polskiej jesieni. Nasz szlak początkowo wiódł otwartym terenem, wiec mogliśmy podziwiać z daleka złotobrązowe pagórki dookoła nas.

Wkrótce weszliśmy do lasu, który zaskoczył nas swoją różnorodnością. Po jeden stronie rosły strzeliste świerki a po drugiej las „płonął” od żółto-pomarańczowych liści drzew i paproci. Wędrówka w takich warunkach to prawdziwa przyjemność.

Schodzimy nad jesienne Jezioro Bystrzyckie
Po około czterech kilometrach marszu, szlak zaczyna prowadzić w dół. Zejście nie jest bardzo strome, ale opadłe liście są niezwykle śliskie a do tego kryją pod sobą nieprzyjemne niespodzianki – spore kałuże, które przyczajone pod liśćmi tylko czekają, żeby wlać się do butów 😉 Po raz kolejny doceniamy kijki trekkingowe, które pomagają utrzymać równowagę w takich warunkach.
Nad jeziorem w pełni orientujemy się jak bardzo zachmurzone jest niebo i że nie ma szans na polepszenie się pogody, zwłaszcza że prognoza przewiduje za parę godzin opady deszczu.

Jezioro Bystrzyckie można obejść z dwóch stron. Jego północnym brzegiem oraz przez tamę wiedzie żółty szlak, który rekomendujemy, a nad południowym jest asfaltowa droga. My poszliśmy wzdłuż drogi, licząc na dobrą widoczność zamku Grodno. Droga jest niestety szalenie wąska, nie ma chodnika, a aut jeździ dużo (na szczęście powoli). Zamek też jest niespecjalnie widoczny i tylko jego wieża wynurza się z morza drzew. Dlatego naprawdę lepiej iść drugim brzegiem, nad którym jest trasa spacerowa. Przy okazji, warto się też wybrać do zamku Grodno, który jest jedną z piękniejszych i najlepiej zachowanych średniowiecznych śląskich warowni.
Jesienne Jezioro Bystrzyckie zachwyca nas kolorami, a piękne liściaste lasy schodzą aż do samego brzegu. Od lat jest popularnym miejscem wypoczynkowym, o czym doskonale świadczy architektura obiektów turystycznych. Jest tam poniemiecki klasyczny ośrodek wypoczynkowy, jak ze starych fotografii, PRL-owskie drewniane baraki na palach oraz nowoczesny ogromny hotel wybudowany w ciągu ostatnich kilku lat.
A teraz pod górę
Skoro do jeziora trzeba było zejść, to teraz trzeba wrócić na górę. A zbocze, którym podchodzimy jest dość strome. W ramach nagrody, po kilkunastu minutach czeka na turystów platforma widokowa, z której jest piękny widok na Jezioro Bystrzyckie. Trzeba tylko uważać na niestabilne stopnie. Robimy zdjęcia i wchodzimy do lasu, którym wędrujemy jeszcze parę kilometrów.

Dalej cieszymy się pięknymi kolorami jesieni, ale z coraz większym niepokojem spoglądamy w niebo. Gdy wychodzimy z lasu uderza w nas chłodny wiatr. Chowamy się więc z powrotem między drzewa, kończymy zapas kanapek, dobieramy się do czekolady i pokrzepieni jesteśmy gotowi stawić czoła jesiennej niepogodzie. Przy okazji, nadejście jesieni oznacza, że można już bezkarnie nosić ze sobą czekoladę, bez obawy, że się rozpuści i rozpłynie w plecaku 😉 Jest co świętować!

Wyjście na otwartą przestrzeń oznaczało wprawdzie wystawienie się na podmuchy wiatru, ale piękne widoki rekompensowały tę niedogodność. Gdy docieramy do Tonowic, zaczyna padać. Dlatego decydujemy się, że opuszczamy zielony szlak i przez ostatnie kilometry kontynuujemy marsz szosą bezpośrednio w kierunku Glinna. Nie jest to może najciekawsza droga, ale auta jeżdżą nią sporadycznie i szybko dochodzimy do samochodu.
Podstawowe informacje:
Długość: 17,7 km
Przewyższenie: 680 m
Czas przejścia: 4 h 55 m (Mapa Turystyczna)
Trudność: łatwa
Mapa:
Leave A Reply