W tym roku chyba znowu nie pojedziemy zimą w Tatry, więc pozostaje cieszyć się pięknymi wspomnieniami. Mieliśmy w końcu okazję uczestniczyć w kursach turystyki zimowej (które, swoją drogą gorąco polecamy) jak i spróbować swoich sił na własną rękę. Jakiś miesiąc przed poznaniem Ani, wyjechałem w marcowy weekend na szalony wyjazd z dwójką znajomych. Wszystko załatwiane na ostatnią chwilę, wyjazd z Wrocławia w sobotę o 2 w nocy, by z samego rana ruszyć na szlak. Wybór padł na Kościelec – cel może nie najprostszy, ale względnie bezpieczny lawinowo.

Gonimy czas
Jak to na autostradzie A4, coś musiało się wydarzyć i podróż, która miała być sprawna i szybka skończyła się przyjazdem do Zakopanego przed 9. W góry najlepiej wybierać się wcześnie rano, bo ludzi mniej a śnieg jest lepiej związany, więc chodzi się przyjemniej. Niestety wyboru dużego nie mieliśmy, więc staraliśmy się nadrabiać tempem marszu. Z tym też nie było łatwo, bo mieliśmy ze sobą rzeczy i zapas jedzenia na dwa dni.
Do Murowańca docieramy przed 11 i decydujemy zostawić część bagażu w przechowalni. Przy okazji pytamy o nocleg. Zgodnie z przewidywaniami miejsc brak – w końcu to Tatry, tutaj w weekendy nigdy nie ma miejsc w schroniskach. No nic, góra sama się nie zdobędzie, więc ruszamy do „zielonej” Doliny Gąsienicowej. Ta nieformalna nazwa bierze się od koloru największego stawu w tej okolicy. Dolina Gąsienicowa jest u góry „rozcięta” przez Grań Kościelców na dwie części. W jednej znajduje się Czarny Staw Gąsienicowy, a w drugiej Zielony Staw Gąsienicowy i kilka mniejszych jeziorek, popularnie zwanych „Pojezierzem”.

Na szczyt Kościelca
Do dziś pamiętam jak gorąco było w górnej części Doliny. Pomimo, że były to dopiero pierwsze dni astronomicznej wiosny i dookoła zalegało mnóstwo śniegu, słońce grzało niesamowicie. Zdjęliśmy kurtki i bluzy i na Przełęcz Karb wchodziliśmy w samych koszulkach. Oprócz słońca, rozgrzewało nas podejście i zapadający się śnieg.
Niechcący, zamiast szlaku wybraliśmy jakąś inną przetartą ścieżkę, która nie była tak dobrze wydeptana jak szlak. O tym, gdzie jest szlak, przekonaliśmy się dopiero widząc grupki ludzi wędrujące ze sto metrów na prawo od nas. Cóż, uroki zimowych wędrówek 😉

Po wejściu na Karb nie mieliśmy innego wyboru, jak się ubrać. Wprawdzie było tylko niewiele chłodniej, ale wyżej mogło być gorzej. A to jedyne miejsce przed szczytem, wznoszącym się trzysta metrów wyżej, w którym jest względnie płasko i można zdjąć plecak bez obawy, że poleci do doliny. Chowamy również kijki i sięgamy po czekany – zaczyna się zabawa.
Początkowe metry szlaku na Kościelec nie są zbyt wymagające, ale im wyżej, tym trudniej się robi. Wrażenie trudności pogłębia również kształt góry, przypominający piramidę. Im wyżej, tym jest węziej a przepaście po obu stronach są bliżej szlaku. W niektórych miejscach po prostu nie ma miejsca na błąd.

Na szczycie
Paradoksalnie, w warunkach zimowych wchodziło mi się na Kościelec o wiele lepiej niż w środku lata. Z jednej strony to kwestia pogody, latem wchodziłem tam w chmurze i widoczność była zaledwie na kilkadziesiąt metrów. Ale jestem też absolutnie pewien, że na trasie zimowego wejścia nie było dużego progu skalnego, na którym w lecie musiałem pomagać sobie rękami. Problem w tym, że nie wiem, czy to zimą, czy latem byłem poza szlakiem 😀
Na szczycie panował niesamowity spokój, żadnego wiatru a do tego byliśmy zupełnie sami. Biorąc pod uwagę jak bardzo oblężony jest Kościelec, było to naprawdę wyjątkowe. Pomimo rosnącego zachmurzenia, widoki były cudowne. Mogliśmy więc odpoczywać w pięknej scenerii, uzupełnić stracone kalorie i porobić zdjęcia.

Ponieważ zaczynało się robić późno (na szczyt dotarliśmy około 15), nie siedzieliśmy na szczycie zbyt długo i rozpoczęliśmy zejście na Karb.
Powrót
Pierwsze metry okazały się najtrudniejsze – tuż przed szczytem jest niewielki próg skalny. Wciągnąć się na niego jest dość łatwo, ale opuścić się trzymając się tylko czekana jest już trudniej, bo z tej perspektywy o wiele lepiej widać przepaść.

Po poradzeniu sobie z tą trudnością, dalsza droga w dół nie nastręcza już problemów i sprawnie wracamy na Karb. Stamtąd schodzimy na przeciwną stronę Doliny Gąsienicowej, nad Czarny Staw. Szlak zimowy znacząco różni się od wersji znanej z lata – nie przechodzi się granią Małego Kościelca tylko schodzi się bezpośrednio z przełęczy środkiem żlebu. Latem nie ma możliwości zejścia tam, bo teren jest bardzo stromy i porośnięty trawą, więc łatwo się pośliznąć i zlecieć. Zimą, mając czekan i raki, to najbezpieczniejszy wariant.
Po całym dniu wędrówki, głodni wchodzimy na obiad do Murowańca. O ile to schronisko nie ma typowo górskiego klimatu, to jedzenie jest tam pyszne a porcje ogromne. Gdy odbieramy rzeczy z przechowalni, zapada zmrok, więc do Zakopanego schodzimy już przy świetle czołówek.

Podstawowe informacje:
Długość: 16,7 km
Przewyższenie: 1370 m
Czas przejścia: 6 h (w warunkach zimowych, z postojami, trzeba liczyć cały dzień)
Trudność: bardzo trudna
Mapa:
Leave A Reply