Chociaż tytuł może to sugerować, nie będzie tu ani słowa o „niebieskich ekranach” czy wieszaniu się. Nie będzie też spływu Dunajcem, ani stania w kolejce na Trzy Korony. Będzie za to wycieczka po pięknych pienińskich łąkach, które są jeszcze bardziej idylliczne, niż najsłynniejsza tapeta z Windows XP 😉
Pieniny trochę przez przypadek
Wyjazd w Pieniny zaplanowaliśmy dopiero na ostatnią chwilę, gdy zdecydowaliśmy, że z uwagi na nie najlepsze prognozy pogody i nie wyleczoną do końca kontuzję kostki, musimy odpuścić wspinaczkę na Jurze. Pomimo że jechaliśmy poza sezonem i w trakcie tygodnia pracującego, nie było już wolnych miejsc w pienińskich schroniskach, na których nam zależało. Na szczęście, szlak, który opracowałem i który jest tutaj opisany, można przejść zaczynając i kończąc w dowolnym miejscu w Szczawnicy lub Sromowcach Niżnych.

Na przystani, ale nie na spływ
Szlak rozpoczęliśmy przy przystani flisackiej w Szczawnicy 17 maja około 9 rano, czyli dość późno jak na nasze preferencje, ale wystarczająco wcześnie, żeby wrócić z gór przed zachodem słońca. Początkowo szlak biegnie promenadą wzdłuż Dunajca, ale gdy tylko odbiliśmy do Orlicy zaczęło się robić „pod górkę”. Po kilku deszczowych dniach szlak niebieski był pokryty śliskim błotem oblepiającym buty, a ponieważ jest tam stromo, musieliśmy przy każdym kroku uważać, żeby buty nam nie wyjechały do tyłu, co skończyłoby się gwałtowną aplikacją błotnej maseczki na twarze. W tym podejściu, życie, a przynajmniej godność, uratowały nam kijki trekkingowe, które gorąco polecamy na tym szlaku.

Od błota do nieba
W nagrodę, wychodzimy na polanę, z której mamy pierwsze tego dnia widoki na Trzy Korony, Lubań w nieodległych Gorcach, oraz Tatry! W maju, ośnieżone tatrzańskie szczyty cudownie kontrastują z zieloną pienińską wiosną.
Od tego momentu idziemy szlakiem wzdłuż granicy, która poprowadzona jest środkiem grzbietu, zatem raz idziemy w górę a raz w dół. W niektórych miejscach jest na tyle stromo, że warto pomóc sobie rękami.

Pełen wypas
Wkrótce robi się bardziej płasko a las ustępuje miejsca łąkom, które pozwalają nam podziwiać okolice, a owieczkom i krówkom swobodnie się wypasać.
Minusem wypasów jest to, że szlak bywa rozdeptany setkami raciczek i znów robi się błotniście i ślisko. Nie narzekamy za wiele, gdyż wokół jest zbyt pięknie, a producenci mleka i serów prezentują się w górach znakomicie 😉

Ku Słowacji
Na szczycie wyjadamy resztki czekolady, bierzemy parę łyków wody i ruszamy w dół, ku Słowacji. To właśnie ten fragment naszego szlaku okazuje się być najpiękniejszy. Szlak jest żółty nie tylko z racji oznaczenia, ale też od kwitnących wokół mniszków. Łąki, które przemierzamy, przypominają wspomnianą już tapetę z Windowsa XP. Jest nawet piękniej, bo przed nami iskrzą się ośnieżone szczyty Tatr.

Po zejściu do doliny, kierujemy się w stronę szczytu Plašná. Po chwili wchodzimy do lasu i idziemy wzdłuż tak charakterystycznych dla Pienin wapiennych skałek.
Napotykamy tam wiosenne kwiaty, które w Sudetach już dawno przekwitły: zawilce, szczawik zajęczy i pierwiosnki. Co chwilę mijamy też grupki pięknych niezapominajek. Jest przepięknie i wiosennie. Po drodze znajduje się kilka punktów widokowych, z których widoczne są Tatry, jednak widoczność jest już słabsza i szczyty nie są tak wyraźne. Po dojściu w pobliże Czerwonego Klasztoru rekompensuje to klasyczny widok na Trzy Korony. Jesteśmy zachwyceni, ale też już głodni.

Jeszcze obiad i do domu
Skoro jesteśmy na Słowacji, liczymy na knedliki. Niestety karczma w klasztorze ich nie oferuje i kierujemy się w stronę kładki na Dunajcu by przejść na stronę polską, zwłaszcza, że zapomniałem wziąć z domu euro. Po drodze napotykamy malutką słowacką restaurację, w której nie ma żadnego klienta, ale są za to knedliki, Kofola i terminal do płatności kartą – jesteśmy uratowani! A także uradowani! 🙂
Z pełnymi brzuszkami kierujemy się w stronę Szczawnicy, czekają nas jeszcze dwie godziny marszu, lecz idziemy malowniczym szlakiem poprowadzonym wzdłuż Przełomu Dunajca. Pokonujemy tę samą trasę co spływ tratwami, lecz nie kosztuje nas to ani złotówki, a przy okazji omijają nas seksistowskie żarty flisaków.
Słowacka część szlaku jest głównie żwirowa, za wyjątkiem krótkiego wyasfaltowanego fragmentu, natomiast tuż po przekroczeniu granicy czeka na nas brzydka niespodzianka. Trawestując słowa pułkownika z „Czterech Pancernych”: tam gdzie polbruk, tam granice naszej Ojczyzny 😉 Oprócz kostki betonowej, szlak jest „upiększony” stalowymi poręczami, które nijak się mają do piękna pienińskiego krajobrazu.

A może jeszcze deserek?
Jako że mijają już dwie godziny od obiadu, namawiam Anię na schroniskową szarlotkę z Orlicy. Szarlotki schroniskowe mają to do siebie, że nie trzeba długo do nich namawiać, zwłaszcza takich ich fanek jak Ania, więc czeka nas jeszcze strome podejście pod Orlicę (które, myśląc o szarlotce, pokonujemy w zaskakująco szybkim tempie, chociaż minęło już dziesięć godzin od wyjścia na szlak) i już stoimy przy barze. Oprócz szarlotki na ciepło z lodami, moją uwagę zwracają pierogi z suszoną śliwką i orzechami włoskimi. One też lądują na naszym stole 😉
Z Orlicy jest już tylko kawałek do miejsca w którym zaczęliśmy tę wycieczkę. Niestety nasz okoliczny sklepik był zamknięty, więc czekał nas nocny spacer po Szczawnicy aż znaleźliśmy sklep czynny do 21. Uzbrojeni w ser żółty i piwo, mogliśmy wrócić na kolację i nocleg.
Podstawowe informacje:
Długość: 25,6 km
Przewyższenie: 1230 m
Czas przejścia: 7 h 35 m
Trudność: średni
Dojazd: samochodem, autobusem
Mapa:
Leave A Reply