Wędrując po Beskidzie Niskim nie sposób nie natknąć się na ślady I Wojny Światowej. Góry te były teatrem kluczowych walk na froncie wschodnim. Karpaty, których Beskid Niski jest częścią, były naturalną barierą chroniącą Austro-Węgry przed uderzeniem wojsk carskich. Rosjanom zależało na ich przekroczeniu tak bardzo, jak państwom centralnym na ich utrzymaniu. Walki ciągnęły się miesiącami a niektóre obszary przechodziły z rąk do rąk kilkukrotnie. Taki los spotkał też Rotundę, niezbyt wysoką, lecz stromą górę w Beskidzie Niskim. W walkach o nią zginęły setki żołnierzy, nie tylko od kul i odłamków, ale również od ciężkiej, zimowej pogody. Obecnie na szczycie znajduje się jeden z najbardziej charakterystycznych cmentarzy wojennych w Polsce.

Rotunda
Wycieczkę rozpoczęliśmy w Regietowie pod miejscową drewnianą cerkwią. Znajduje się tam parking na kilka samochodów a przy okazji można też zajrzeć do cerkwi. Nam niestety się to nie udało – dlatego warto zawczasu sprawdzić dni jej otwarcia. Od razu skierowaliśmy się na południe, ku podnóżom Rotundy. W sezonie letnim funkcjonuje tam studencka baza namiotowa, która jest wybawieniem dla wielu turystów przechodzącym Główny Szlak Beskidzki. Niestety w Beskidzie Niskim jest niewiele schronisk, zaś bazy oferują możliwość wynajęcia namiotu.

Zaraz po ominięciu bazy rozpoczęliśmy mozolną wędrówkę na szczyt Rotundy. Podejście jest strome a podczas naszego pobytu w Beskidach panowała nieznośnie wysoka wilgotność. Pnąc się do góry podziwialiśmy dziesiątki pajęczyn przypominających kandelabry zawieszone na gałęziach. Poza tym nietypowym zjawiskiem, droga na górę była monotonna i nie różniła się od innych szlaków Beskidu Niskiego.

Dopiero na szczycie zdaliśmy sobie sprawę z wyjątkowości tego miejsca. Na polanie wznosi się pięć ogromnych, kilkunastometrowych drewnianych krzyży. To nie są typowe krzyże, jakie znamy z przydrożnych miejsc kultu. Zostały one wybudowane w łemkowskim stylu i każdy z nich okryty jest gontem i zakończony półokrągłym daszkiem krytym ząbkowaną blachą. Trudno powiedzieć, czy to kwestia tej architektury, czy ponurej pogody, ale ten cmentarz aż przytłaczał smutną atmosferą. Pochowanych jest na nim zaledwie kilkudziesięciu żołnierzy z ostatniej bitwy, ale nie wszyscy zostali zidentyfikowani. Ilu ofiar walk w ogóle nie udało się odnaleźć?

Do szlaku granicznego
Niestety sieć szlaków w Beskidzie Niskim nie jest specjalnie gęsta. Żeby zrobić pętlę, musieliśmy przedostać się do niebieskiego szlaku biegnącego granicą polsko-słowacką. Przegapiliśmy skrótową ścieżkę i musieliśmy zejść aż do miejscowości leżącej w dolinie – Zdyni. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zejście ku dolinie prowadzi przez przepiękne, ukwiecone łąki. Ten charakterystyczny element Beskidu Niskiego bardzo przypadł nam do gustu. Wprost uwielbiamy wędrować pośród dzikich kwiatów, po których buszują motyle. A przy okazji wypatrzyliśmy jeszcze jedno piękne zwierzątko. To znaczy mi bardzo się podobało, zaś Ania była nim zdegustowana, co oznajmiła przeciągłym „fuuuuuj” 😉
Po zejściu do doliny musieliśmy znów wejść do góry i to bez szlaku. Na szczęście wystarczy kierować się wąską asfaltową drogą, która systematycznie pogarsza swoją jakość i w końcu przemienia się w szutrową drogę leśną, lecz ciągle jest doskonale widoczna. W pewnym momencie, w środku lasu, droga przechodzi przez bramę w płocie. Chociaż była otwarta, zdecydowaliśmy się, że będzie lepiej, jeśli obejdziemy płot. Była to niezbyt fortunna decyzja, ponieważ las jest wokół bardzo gęsty. Nie dowiedzieliśmy się również, co było za płotem – a może to polskie Roswell? 😉

Jaworzyna Konieczniańska
Ucieszyliśmy się, gdy wróciliśmy na szlak, ponieważ zawsze jest przyjemniej iść wąską ścieżką niż drogą leśną. A szlak graniczny pozostaje uczęszczany niezwykle rzadko. Najczęściej to ścieżka o szerokości jednego człowieka, czasami jednak zarasta tak bardzo, że o obecności szlaku przypominają tylko oznaczenia na drzewach.

Wprawdzie mówiliśmy, że Rotunda jest stroma. To jednak nic przy podejściu na Jaworzynę Konieczniańską. Po wcześniejszym wejściu na Lackową, po raz kolejny stanęliśmy przed niezwykle stromą i błotnistą „ścianą”, którą musieliśmy pokonać. Zaprawdę, opinie o wyjątkowej stromiźnie szlaku na Lackową są mocno przesadzone. Wiele szczytów w Beskidzie Niskim jest tak samo męczących, tylko po prostu nie są tak dobrze znane. Po zdobyciu naszego Everestu mogliśmy na chwilę odetchnąć z ulgą, zjeść małe co nie co, a nawet dostrzec w oddali Jezioro Klimkowskie. Nieliczne są szczyty Beskidu Niskiego, z których można dostrzec cokolwiek oprócz otaczających drzew.

Szlak w dół jest niemal równie stromy, ale po dojściu do Przełęczy Regetowskiej robi się już spokojniej. W tym miejscu schodzimy z urokliwego szlaku granicznego wchodząc w szeroką dolinę. Przed II Wojną Światową była tam spora wieś łemkowska, która po wojnie podzieliła los wielu podobnych osad. Mieszkańcy zostali wysiedleni a domy popadły w ruinę. Ciągle widoczne są ślady zabudowań i pozostał też mały cmentarz z walącymi się nagrobkami. W górnej części doliny nie ma już zabudowań, lecz można spotkać ogromne stada pasących się koni. Kierując się w dół wróciliśmy do samochodu.

Podstawowe informacje:
Długość: 20,5 km
Przewyższenie: 740 m
Czas przejścia: 5 h 35 min. (nasz czas: około 7 h 30 min. z postojami)
Trudność: trudna
Dojazd: samochodem
Mapa:
Leave A Reply