Chociaż nocleg w schronisku nie pozwolił nam na wzięcie prysznica, mogliśmy chociaż skorzystać z Internetu. Dzięki temu sprawdziliśmy zarówno pogodę jak i możliwość powrotu promem przez wielkie jezioro Møsvatn. Zapowiadają się piękne warunki pogodowe, natomiast prom zaczyna kursować dopiero za trzy dni. Początkowo planowaliśmy tylko czterodniową wędrówkę, ale wygląda na to, że będziemy musieli spędzić tutaj jeden dodatkowy dzień, by wrócić do cywilizacji. Na szczęście zabraliśmy dodatkową rację żywnościową a w razie „W” możemy jeszcze uzupełnić zapasy w jednym z samoobsługowych schronisk. Co najważniejsze, dzięki pięknej pogodzie będziemy mogli wziąć kąpiel w górskim strumieniu bez obaw o zapalenie płuc!

Zapowiada się pięknie
Jeśli komuś marzy się zobaczenie zorzy polarnej w Norwegii, to czerwiec zdecydowanie nie jest najlepszym miesiącem. Około drugiej w nocy jest całkiem jasno, jakby słońce niedawno zaszło. Na niebie widoczne są tylko trzy gwiazdy, choć muszę przyznać, że część nieboskłonu zakryta jest przez chmury. Ma to jednak swoje plusy: w czasie podróży do wychodka nie trzeba korzystać z latarki. Z daleka niesie się donośne wołanie jakiegoś ptaka. Z pewnością nie jest to sowa, więc podejrzewam pardwy, których kilka spotkaliśmy wczoraj.

Wstajemy wcześnie rano, żeby śniadanie zjeść jeszcze przed grupą i jak najszybciej wyjść z obiektu. Miło po raz pierwszy od dawna zjeść śniadanie przy stole, bo nawet na campingach rzadko nam się to zdarzało. Pogoda faktycznie jest o wiele lepsza niż dzień wcześniej. Jest w miarę słonecznie, cieplej, mniej wieje i przyjemnie się wędruje w takich warunkach. Początkowo jest nieco nudno, bo idziemy szutrową drogą, ale w oddali, za fiordem widać ośnieżone góry.

Za tamą jeziora Mår szlak prowadzi inaczej niż na nawigacji Mapy.cz, przez ogromne skały wytarte przez lodowiec. Przypomina to nieco wybrzeże jeziora Vänern, wzdłuż którego spacerowaliśmy na początku wakacji. Oczywiście podobieństwo kończy się na skałach, bo w Szwecji było o wiele więcej roślinności.

Później okazuje się, że jest o wiele więcej rozbieżności między nawigacją i mapą papierową a rzeczywistością. Wybieramy jednak ścieżkę oznaczoną w terenie, bo ta z mapy prowadzi przez bród. Chociaż planujemy kąpiel w górskim strumieniu, to jednak wolelibyśmy poprzestać na umyciu się a nie przechodzić przez rzekę po kolana w wodzie 😉

Kąpiel w górskim strumieniu
Dzięki zmianie trasy omijamy bród i przechodzimy przez szeroki potok po wygodnych kamieniach tuż poniżej wodospadu. Nie jest on bardzo widowiskowy, bo składa się z wielu niewielkich kaskad rozciągniętych na sporym odcinku. Zanim przeszliśmy przez potok, podeszliśmy na samą górę wodospadu, żeby porobić zdjęcia. W tym miejscu dość mocno wiało, więc szybko wróciliśmy na szlak.

Kawałek dalej dochodzimy do brzozowego zagajnika. Drzewka nie są duże, mierzą może trzy metry wysokości, ale to i tak miła odmiana od bezdrzewnego krajobrazu. Co ciekawe, brzoza porasta wyłącznie jedno zbocze otaczające dolinę, przez którą wędrujemy. To podmokłe tereny, więc kombinujemy, by znaleźć odpowiednią drogę pomiędzy grząskimi fragmentami.

Idziemy spokojnie i robimy przerwy o wiele częściej niż poprzednio dla utrzymania morale i lepszego rozłożenia trasy. W końcu mamy przed sobą jeszcze trzy a nie dwa dni wędrówki.

Przed jeziorem Nusstjøn znajdujemy strumień z głębokim korytem, które doskonale chroni nas przed wiatrem. Co więcej, przed chwilą wyszło słoneczko i zrobiło się jeszcze cieplej. To idealne miejsce, żeby się umyć i zrobić pranie. Woda jest orzeźwiająca ale nie aż tak zimna, jak się spodziewaliśmy. Jest idealnie przezroczysta, natomiast ma brązowe zabarwienie, zupełnie jak strumienie w Górach Izerskich. Zapewne wypływa z torfowiska, któremu zawdzięcza ten kolor, a być może również nieco wyższą temperaturę.

Spokojnie dajemy radę się umyć, chociaż parskamy przy każdym chluśnięciu. W sprawnej kąpieli pomaga prosty trick. Zamiast rozbierać się do rosołu, najpierw ściągamy górną część ubrania, myjemy się w tym zakresie, suszymy i ubieramy. Potem dokładnie to samo z dolną częścią ciała. Zamiast wystawiać całe ciało na zimno, można to zrobić na raty 🙂

Zasłużony deser
Po minięciu jeziora Nusstjøn zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Tradycyjnie wieje mocno a ta okolica jest niezwykle płaska, więc nie ma za czym się schować. W dalszym ciągu otaczają nas również krzewinki wysokie na około 20-40 centymetrów, o twardych i ostrych gałązkach. Znacząco utrudnia to znalezienie dogodnego miejsca.

Nauczeni doświadczeniem z pierwszego dnia, za noclegiem zaczęliśmy rozglądać się wcześniej. Tym razem również nie idzie nam najlepiej i spędzamy kilkadziesiąt minut na poszukiwaniu odpowiedniego miejsca przy szlaku. W końcu, po zawietrznej niewielkiego wzgórza znajdujemy równe miejsce, pozbawione krzewinek i w rozmiarze takim jak nasz namiot. Jedyną jego wadą jest to, że jest tuż obok szlaku. Nie wybrzydzamy jednak i rozkładamy nasz przenośny hotel.

Gdy wślizgujemy się do środka, okazuje się, że jest jeszcze całkiem wcześnie i mamy czas na kawę. Odpalamy kuchenkę i wyciągamy z plecaka ciastka oraz malutki słoiczek nutelli. Chociaż zwykle nie jemy tego kremu z uwagi na naprawdę paskudny skład (głównie olej palmowy i cukier), to tego dnia z apetytem wsuwamy ciasteczka posmarowane nutellą 😀
Podstawowe informacje:
Długość: 15,5 km
Przewyższenie: 380 m (wg wskazań zegarka)
Czas przejścia: 4 h (nasz czas z postojami i rozbiciem namiotu 7 h 40 min.)
Trudność: łatwa, chociaż znów było dość bagniście. Do tego duży potok do pokonania skacząc z kamienia na kamień poniżej wodospadu, bądź w bród, nieco powyżej ujścia do jeziora
Leave A Reply