Jest coś magicznego w oglądaniu słońca wschodzącego nad górami. To tak piękne zjawisko, że aż chciałoby się je oglądać częściej. Ale marzenia zderzają się z twardymi realiami życia. Nie chce nam się wstawać w środku nocy, by jechać dwie godziny w góry i wchodzić na szczyt w ciemnościach. Nie oszukujmy się, to duże wyrzeczenie, chociaż jak najbardziej warto. Żeby bolało to trochę mniej, częściej na wschody jeździmy porą jesienno-zimową. Słońce wstaje wtedy nieco później. Szukamy też miejsc, które są bliżej Wrocławia, by tracić mniej czasu na dojazd. Pod tym względem idealne są Góry Kamienne. Dlatego, gdy kilka miesięcy wcześniej znaleźliśmy punkt widokowy na zboczach Lesistej Wielkiej, wiedzieliśmy, że to miejsce ma potencjał.

Witanie dnia na Lesistej Wielkiej
Samochód zostawiliśmy na leśnym parkingu w zamkniętym kamieniołomie za Unisławiem Śląskim. To sprawdzona i wygodna miejscówka a do tego położona tuż przy szlaku. Dojazd też jest łatwy, bo parking jest tuż przy drodze krajowej. Wyciągnęliśmy z auta plecaki, włączyliśmy czołówki i ruszyliśmy w mrok nocy. Niemal cały szlak prowadzący na szczyt jest położony w lesie, więc było naprawdę ciemno. Żeby było ciekawiej, przyłączył się do nas lisek. Początkowo szedł tuż za nami, później się oddalił, ale cały czas widzieliśmy jego oczy jarzące się w świetle czołówek. Później spotkaliśmy jeszcze coś dużego, chyba jelenie, co skomentowałem słowami „nie jesteśmy tu sami”. W odpowiedzi usłyszałem „Michał, jesteśmy w lesie, oczywiście, że nie jesteśmy tu sami”, więc więcej się już nie odzywałem… 😉

Gdy dotarliśmy na z góry upatrzoną pozycję, zaczynało już powoli świtać, lecz do wschodu mieliśmy jeszcze sporo czasu. Rozstawiliśmy statyw, a ja rozwinąłem sobie karimatę i wpełzłem do przezornie zabranego śpiworka. Październikowe poranki nie należą do najgorętszych 😉 Prawdę mówiąc, spotkaliśmy tego dnia pierwsze zamarznięte kałuże. Ania śpiworka nie wzięła, więc mogłem zacytować Halamę: „ja wiedziałem, że tak będzie”. Na szczęście zawsze mamy ze sobą folię NRC, więc Ania się w nią zakokoniła i było jej ciepło, niestety, folia niemiłosiernie szeleściła.

Aparat ustawiony na automatyczne robienie zdjęć co kilkanaście sekund pstrykał bez naszej ingerencji i mogliśmy się skupić na podziwianie spektaklu, który zafundowała nam natura. Jak się kiedyś tego nauczę, to zdjęcia złożę w film poklatkowy i zobaczymy, czy coś z tego wyszło 😉
Lesista Wielka jest znana ze szczelin wiatrowych – systemu podziemnych kanałów, przez które przepływa powietrze. Zobacz nasz artykuł na ten temat <-KLIK

Do szlaku granicznego
Gdy słońce wstało, zebraliśmy się do dalszego marszu. Kolejnym przystankiem miało być Sokołowsko. Z punktu widokowego udaliśmy się na szczyt Lesistej Wielkiej, z którego nie ma żadnych widoków, a następnie skierowaliśmy się w dół do Sokołowska. Słońce, które wisiało dość nisko nad horyzontem, oświetlało okolicę na złoto i przyjemnie było wędrować w takich warunkach, chociaż szlak był miejscami dość stromy i trzeba było uważnie patrzeć pod nogi.

Po zejściu do drogi pozostało nam wędrować asfaltem w kierunku Sokołowska. Akurat był czas na kasztany, więc nazbieraliśmy ich pełne kieszenie 😀 Są takie piękne, że nigdy nie możemy się im oprzeć a potem leżą u nas pod telewizorem. Sokołowsko o tej porze dnia było niemal jak wymarłe. Mieszkańcy jeszcze spali, a turystów o tej porze nie ma zbyt wielu. Usiedliśmy na trawie i zjedliśmy drożdżówki. Niestety nie pamiętam z czym były, ale przyjemnie było wtedy siedzieć, jeść i czuć na sobie promienie słońca. Choć był to październik, pogoda była przepiękna!

Naszym celem była Przełęcz Sokołowska położona na polsko-czeskiej granicy, ale po drodze zgubiliśmy czarny szlak i poszliśmy rowerowym. Wprawdzie i tak doszliśmy do granicy, ale półtora kilometra dalej. Szkoda, bo są stamtąd ładne widoki na Góry Stołowe i nie nacieszyliśmy się nimi zbyt długo.

Czerwone Skałki
Zastanawialiśmy się, co dalej począć. To znaczy wiedzieliśmy, że obiad będzie w schronisku Andrzejówka, ale dojście do niego nie było zaplanowane. Trochę nie chciało nam się iść przez Waligórę, bo byliśmy już tam tamtego roku, więc wybór padł na Czerwone Skałki – punkt widokowy na zboczach Suchawy.

Czerwone Skałki znajdują się poza szlakiem, ale prowadzi do nich wyraźna, choć wąska ścieżka. Jest dość mocno eksponowana i biegnie nad dużym osuwiskiem, więc trzeba na siebie uważać. Jednak widoki rekompensują te niedogodności. Oprócz szczytów Gór Kamiennych (Stożki i Bukowiec), można dopatrzeć się nawet Śnieżki!

Dotychczas wędrowaliśmy w zasadzie samotnie. Nie dość, że pora była wczesna, to ta część Gór Kamiennych nie jest popularna. Wszystko zmieniło się, gdy doszliśmy do Rozdroża pod Waligórą. Prowadzi tam łatwy spacerowy szlak od schroniska, do którego można dojechać samochodem. Zrobiło się więc tłoczno i trochę się baliśmy, czy będzie dla nas miejsce w gospodzie. Na szczęście było, a jedzenie w Andrzejówce trzyma dobry poziom 🙂

Powrót do samochodu
Po zjedzeniu obiadu skierowaliśmy się w stronę Sokołowska idąc Głównym Szlakiem Sudeckim. Spodziewaliśmy się podobnego ruchu jak przy Andrzejówce i faktycznie wkrótce spotkaliśmy pierwszego turystę. Zagadał do nas, bo jak się okazało byliśmy pierwszymi osobami spotkanymi przez niego tego dnia! Była to już pora obiadowa, co nas mocno zdziwiło – w końcu to Główny Szlak Sudecki. Okazało się, że dla Pana, który właśnie był w trakcie przejścia całego szlaku, brak turystów nie był czymś nadzwyczajnym. Czyli w dalszym ciągu są takie miejsca w Sudetach, w których spotkanie innego turysty jest świętem! 🙂

Bliżej Sokołowska, przy szlaku, znajduje się dawny cmentarz z ruinami kaplicy. Przewracające się nagrobki noszą jeszcze wyraźnie wyryte niemieckie nazwiska, ale las objął to miejsce już dawno we władanie. Trzeba jednak przyznać, że takie zapomniane cmentarze mają zdecydowanie więcej uroku niż wybetonowane nekropolie wielkich miast.
Po dojściu do miasteczka mieliśmy do wyboru powrót szlakiem żółtym prowadzącym przez Stożek Wielki lub o wiele łagodniejszym szlakiem rowerowym. To była już długa wycieczka ze sporą sumą przewyższeń, a Stożek, jak nazwa wskazuje, jest bardzo stromą górą, więc zdecydowaliśmy się na łatwiejszy wariant. Na koniec czekał nas jeszcze krótki marsz wzdłuż drogi krajowej i byliśmy z powrotem w samochodzie.

Podstawowe informacje:
Długość: 24,8 km
Przewyższenie: 1210 m
Czas przejścia: 7 h 25 min. (nasz czas z postojami i oglądaniem wschodu słońca: 10 h)
Trudność: średnia (niektóre odcinki są strome)
Dojazd: samochodem. Jeśli nie zależy Ci na oglądaniu wschodu słońca, na miejsce możesz dojechać również pociągiem: stacja Witków Śląski
Mapa:
Leave A Reply