Lausche, czyli najwyższy szczyt Gór Łużyckich, jako wierzchołek graniczny, ma też swoją czeską nazwę: Luž. Ponieważ leży na terenie Łużyc, funkcjonuje również jego łużycka nazwa: Łysa. Z uwagi na to, że wyruszyliśmy z Waltersdorfu, malowniczej wsi po stronie niemieckiej, będziemy używać w ramach tego artykułu niemieckiej nazwy tego szczytu.
Rozpoczęcie wędrówki po stronie niemieckiej to nie tylko ciekawszy szlak i duży darmowy parking, ale również szybszy dojazd z Wrocławia. Jest to na tyle blisko, że można tutaj przyjechać nawet na jeden dzień.

W poszukiwaniu spokoju
Lausche jest górą niezwykle łatwo dostępną a przez to popularną. Dojazd z Wrocławia zabrał nam około dwóch i pół godziny, dlatego na miejscu zjawiliśmy się po 10:00. Było to na tyle późno, że na szlaku było mnóstwo ludzi, pomimo że był to październik. Trzeba jednak przyznać, że pogoda trafiła nam się wyśmienita. Z uwagi na tłok, bardzo szybko decydujemy się na zejście ze szlaku na, oznaczoną strzałką, drogę leśną wiodącą ku ukrytym w lesie skałom. Drogi leśne w okolicy są często podpisane tylko swoją nazwą własną a nie kierunkom, w którym prowadzą, dlatego, żeby się ni zgubić, posiłkujemy się nawigacją.

Dzięki zejściu w bok nie tylko wędrujemy zupełnie sami, ale możemy przyjrzeć się skałom Wände Brüche oraz piąć się w górę wąską i malowniczą ścieżką, na której ułożone zostały kamienne schody. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i wkrótce trafiamy z powrotem na zielony szlak, z którego uciekliśmy. Droga, którą poprowadzony jest szlak, ilość turystów jak i wysokość Lausche, bardzo przypominają „naszą” Ślężę. Na szczęście niezupełnie, bo nikt nie niesie ze sobą głośnika bezprzewodowego, ani nie rozpala grilla 😉

Na szczycie Lausche
Wierzchołek Lausche częściowo pozbawiony jest drzew i zaczynamy odczuwać mocne podmuchy wiatru. Chociaż jest ciepło i słonecznie, to wiatr przypomina, że jest już jesień. Pomimo, że ludzi jest sporo, na szczycie jest raczej spokojnie i możemy delektować się pięknymi widokami. Na wieży widokowej wprawdzie wieje jeszcze bardziej okrutnie, niż na szczycie, ale warto było na nią wejść. Możemy z niej dostrzec stożki wulkaniczne Gór Łużyckich i Średniogórza Czeskiego (České středohoří), a także… elektrownię Turów – jest naprawdę olbrzymia! Przy dobrej przejrzystości powietrza można stąd oglądać również Karkonosze. Jest to naprawdę dobre miejsce na podziwianie wschodu, bądź zachodu słońca. Będziemy musieli kiedyś się tam wybrać w tym celu 🙂

Na knedliki 😉
Dojście na szczyt zajęło nam trochę czasu (ach te przerwy na zdjęcia), więc zaczynamy odczuwać, że to już pora na obiad. Będąc na granicy czesko-niemieckiej, decydujemy, że tańszą opcją będzie zejście do Czech. A jak Czechy, to knedliki.

Tuż poniżej Lausche znajduje się maleńka osada Myslivny, w której są aż dwie knajpki. Jedna jest tuż przy szlaku i jest kompletnie zawalona ludźmi, więc idziemy dalej. Przechodząc obok jej kuchni, czujemy natarczywy zapach przypalonego oleju, więc chyba podjęliśmy dobrą decyzję. W sąsiedniej restauracji Lužická bouda jest już dużo spokojniej a knedliki z gulaszem są całkiem dobre. Niestety nie ma Kofoli! 🙁 Zdjęć jedzenia nie ma, bo byliśmy bardzo głodni.
Dalszy spacer po Górach Łużyckich
Chociaż zdobyliśmy już Lausche, to nie spoczywamy na laurach. Zjedzony obiad dał nam siły na dalszą wędrówkę, więc decydujemy się ruszyć szlakiem grzbietowym na zachód. Gdybyśmy poszli na wschód, doszlibyśmy do Jonsdorfskiego Skalnego Miasta, do którego zaplanowaliśmy inną wycieczkę (zobaczcie ten wpis).

Szlak grzbietowy jest niemal płaski, więc czujemy się bardziej jak na spacerze, niż w górach. Do tego, raz po raz, przy szlaku postawione są ławki. Można usiąść i kontemplować „piękne okoliczności przyrody”. Rośnie tu dużo drzew liściastych, więc szczególnie pięknie powinno być trochę późniejszą jesienią.
Gdy szlak grzbietowy się kończy, zaczynamy powoli schodzić ku Waltersdorfowi.

Waltersdorf – śliczne łużyckie miasteczko
W Waltersdorfie można podziwiać dziesiątki zadbanych domów przysłupowych, charakterystycznych dla architektury łużyckiej. W domach tych, konstrukcja podtrzymująca piętro znajduje się na zewnątrz budynku tworząc system łuków, pod którymi znajdują się okna. Domy przysłupowe z reguły są drewniane, bądź szachulcowe (w których konstrukcja drewniana jest wypełniona gliną i materiałem roślinnym, np. trzciną lub trocinami). Wyglądają zupełnie inaczej niż zabudowa ceglano-bloczkowa, do której przywykliśmy na co dzień. Co najważniejsze, miejscowość jest bardzo zadbana a domy dobrze utrzymane.

Oprócz samej miejscowości, można zwiedzić muzeum folkloru i młynarstwa oraz ewangelicki kościół. Byliśmy tam jednak dość późno i były już zamknięte. Ale z czystym sercem możemy polecić inną atrakcję – kawiarnię i palarnię kawy! Taka malutka miejscowość, a możemy się tam napić pysznej kawy z ziaren o oznaczonym pochodzeniu. Co prawda nie oferują alternatywnych metod parzenia, jak np. drip, to frenchpressy i tak są czymś wyjątkowym. Do kawusi wybieramy lokalny specjał – pyzy ze śliwkami. Są absolutnie przepyszne – nie zostały przesłodzone a korzenne przyprawy, którymi je posypano, dodają cudownych nut smakowych.
Po tych kulinarnych doznaniach wracamy na parking i jedziemy na nocleg po czeskiej stronie Gór Łużyckich – jest tam dużo taniej 😉
Podstawowe informacje:
Długość: 13,9 km
Przewyższenie: 490 m
Czas przejścia: 3 h 45 m
Trudność: bardzo łatwa
Mapa:
2 komentarze
Gdzie można dorwać pieczątkę? 🙂
Jeśli dobrze pamiętam, to pieczątkę przybiliśmy w schronisku/restauracji „Chata Luž” po czeskiej stronie.